„Po chorobie sprzedaliśmy wszystko, co dawało nam niezależność. Dziś żona mówi, żebym odpuścił odbudowę naszego życia, a ja nie umiem się z tym pogodzić”
„Ty nie chcesz nic odbudować, ty chcesz odzyskać siebie sprzed dziesięciu lat. Tylko że jego już nie ma” — powiedziała mi żona przy herbacie, tak zwyczajnie, między rachunkiem za prąd a listą zakupów do Biedronki.
I chyba bardziej mnie to uderzyło niż wszystkie nasze wcześniejsze kłótnie.
Bo z jednej strony wiem, że mówi to kobieta, która razem ze mną to wszystko dźwigała. A z drugiej — nie umiem przyjąć, że to, co było kiedyś naszym normalnym życiem, mam teraz traktować jak fanaberię.
Parę lat temu wszystko nam się posypało naraz. Najpierw choroba w rodzinie, długie leczenie, dojazdy do szpitala w Łodzi, prywatne wizyty, leki, rehabilitacja. Potem moje cięcia w pracy. Pracuję jako elektryk utrzymania ruchu pod Sieradzem, zawsze robota była konkretna, ale przyszedł gorszy okres, nadgodziny się skończyły, premii nie było, a koszty leciały jak szalone. Człowiek nie myśli wtedy o ambicjach, tylko o tym, żeby starczyło do pierwszego.
I my naprawdę zeszliśmy do zera. Nie „mniej wyjazdów” czy „tańsze wakacje”, tylko do gołego minimum. Sprzedaliśmy drugi samochód. Potem mój zestaw narzędzi, który kompletowałem latami. Nie wszystko naraz, tylko po kawałku. Najpierw spawarka, potem porządna ukośnica, kompresor, skrzynki z kluczami, mierniki. Ktoś powie: rzeczy. Dla mnie to nie były tylko rzeczy.
Ja całe życie coś umiałem zrobić sam. Brama się zacinała — robiłem. Gniazdko do przeróbki — robiłem. Szafka do warsztatu, półki w garażu, drobne zlecenie po godzinach, żeby było na ratę albo na opał — robiłem. Dzięki temu człowiek nie był bezradny. Jak się coś sypało, to nie siadałem i nie czekałem, tylko brałem narzędzia.
A potem przyszedł taki moment, że tych narzędzi już nie było. Został stary młotek, wkrętarka z wyjechaną baterią, kilka śrubokrętów i skrzynka z „przyda się”. Taka resztka po dawnym życiu.
Nie miałem pretensji. Naprawdę. To nie było picie, hazard czy głupoty. Pieniądze poszły na leczenie, na rachunki, na raty, na życie. Córce trzeba było kupić buty na zimę, synowi opłacić wycieczkę, bo ile można dziecku mówić, że nie teraz. Jak brakowało, brałem dodatkowe dyżury. W soboty jeździłem pomagać szwagrowi na budowie za gotówkę. Zmieniłem piec w kotłowni u teściowej, bo przynajmniej opał na zimę nam dołożyła. Tak to wtedy wyglądało.
Krok po kroku przetrwaliśmy.
I teraz, jak najgorsze minęło, ja chcę wrócić do czegoś, co rozumiem. Nie marzy mi się żaden wielki biznes. Chcę znowu mieć mały warsztat w garażu. Komplet podstawowych narzędzi. Porządną stołową piłę, spawarkę, nową wkrętarkę, może używaną szafę narzędziową. Żebym mógł znów robić rzeczy sam, dorobić po pracy, nie prosić się o każdą drobnostkę fachowca, który za wymianę dwóch zaworów bierze 400 zł plus materiał.
Dla mnie to nie jest cofanie się do przeszłości, tylko odbudowanie normalności.
Ale żona patrzy na to inaczej. Mówi, że przez te lata nauczyliśmy się żyć skromniej i rozsądniej. Że nie musimy mieć wszystkiego jak dawniej. Że zamiast pakować kilka tysięcy w garaż, lepiej odłożyć poduszkę finansową, zrobić łazienkę, pomyśleć o studiach córki. I uczciwie — to nie są głupie argumenty.
Problem w tym, że ona mówi „wystarczy nam mniej”, a ja słyszę „przyzwyczaj się, że już nie będziesz tym, kim byłeś”.
Ostatnio poszło o konkrety. Znalazłem używaną spawarkę i porządną pilarkę stołową od faceta z okolic Zduńskiej Woli. Sprzęt po małym zakładzie, nie marketówka. Policzyłem wszystko, wyszło około 4200 zł. Nie z kaprysu. Usiadłem, rozpisałem: tyle mamy oszczędności, tyle wpłynie z premii kwartalnej, tyle mogę dorobić przez pół roku, robiąc ogrodzenia, drobne naprawy, jakieś balustrady, meble do garażu. Pokazałem jej na kartce.
Żona nawet nie podniosła głosu. Powiedziała tylko:
— A jak znowu coś się wydarzy? Auto się rozsypie, dzieci będą czegoś potrzebować, znów ktoś zachoruje? To znowu sprzedamy wszystko po kawałku?
Odpowiedziałem, że właśnie dlatego chcę to kupić. Bo bez takich rzeczy jesteśmy skazani tylko na pensję. A jedna pensja dziś to jest żadna pewność. Jak człowiek ma sprzęt i umiejętności, to zawsze coś zrobi, coś dorobi, jakoś się obroni.
Na to ona:
— Tylko że my już to mieliśmy. I co nam to dało, kiedy przyszło najgorsze?
I tu mnie przycisnęła, bo prawda jest taka, że wtedy i tak musieliśmy to sprzedać.
Tyle że ja na to patrzę inaczej. To, że sprzedaliśmy, nie znaczy, że było zbędne. Sprzedaje się to, co ma wartość. To właśnie ten sprzęt wtedy nas ratował, bo był co upłynnić. Gdybyśmy nic nie mieli, jeszcze szybciej byśmy się stoczyli.
Ona mówi, że ja idealizuję przeszłość. Może trochę tak. Ale czy naprawdę czymś złym jest chcieć znowu stanąć na własnych nogach nie tylko na papierze, ale też w praktyce?
Najgorsze było w zeszłą niedzielę. Syn poprosił, żebym pomógł mu zrobić biurko do pokoju, bo gotowe w sklepie albo drogie, albo byle jakie. Kiedyś takie rzeczy robiłem od ręki. Pojechalibyśmy po płytę do Castoramy, przyciąłbym, skręcił, pomalował i miałby na lata. A teraz stałem w garażu, patrzyłem na te stare resztki i powiedziałem:
— Musimy kupić gotowe.
Syn wzruszył ramionami, bo dla niego to żaden dramat. Ale ja poczułem się, jakbym komuś obcemu oddał własne miejsce.
Wieczorem powiedziałem żonie, że nie chodzi tylko o sprzęt. Chodzi o to, żeby dzieci widziały, że ojciec umie coś zrobić, a nie tylko opłaca rachunki i porównuje ceny w aplikacji. Że dom to nie jest wyłącznie kupowanie usług.
A ona odpowiedziała:
— Dzieci bardziej pamiętają, że byłeś z nami w szpitalu i że nigdy nie zabrakło im jedzenia, niż to, czy miałeś pilarkę.
I znowu — trudno się z tym kłócić.
Tylko że ja nie chcę żyć wyłącznie w trybie przetrwania, nawet jeśli już jest spokojniej. Nie chcę, żeby całe nasze „po wszystkim” polegało na tym, że mamy być wdzięczni za to, co zostało, i nie ruszać niczego więcej. Bo wtedy ten kryzys zabrałby nam nie tylko pieniądze i rzeczy, ale też sposób życia.
Nie upieram się przy wielkich zakupach za 20 tysięcy. Chcę odbudowy etapami. Jedna maszyna teraz, druga za kilka miesięcy. Używane, sprawdzone, bez szaleństw. Moim zdaniem to nie jest zachcianka, tylko inwestycja w samodzielność. Żona mówi, że samodzielność to dziś przede wszystkim oszczędności na koncie i święty spokój, a nie kolejny grat w garażu.
I może ona ma rację bardziej, niż chcę przyznać. Bo sam czasem łapię się na tym, że nie chodzi tylko o praktykę. Chyba też o dumę. O to, żeby nie czuć, że kryzys mnie okroił i tak już zostanie.
Tylko czy człowiek ma obowiązek pogodzić się z wersją „okrojoną”, skoro jeszcze ma siłę coś odbudować?
Naprawdę nie wiem, czy rozsądniej jest przyjąć to mniejsze, spokojniejsze życie, które udało się uratować, czy jednak ryzykować i składać siebie od nowa z tych paru poobijanych kawałków, które zostały. Wy byście odpuścili, czy próbowali wracać, nawet jeśli to już nigdy nie będzie to samo?