Synowa zabroniła mi widywać wnuki po kolejnej kłótni o ich wychowanie. Dopiero kiedy usiadłyśmy naprzeciwko siebie i powiedziałyśmy sobie wszystko bez owijania, zrozumiałam, że obie przekraczałyśmy granice
„Naprawdę uważa pani, że parówka i bajka na tablecie to tragedia?” – rzuciła do mnie synowa w mojej kuchni, a ja już byłam tak nabuzowana, że odpowiedziałam: „A ty naprawdę myślisz, że dzieci wychowa internet i te twoje poradniki od psycholożek z Instagrama?”
Poszło o głupoty, ale nie pierwszy raz. Wnuki były u mnie po przedszkolu, bo syn i synowa siedzą długo w pracy. Ja je często odbieram, robię zupę, czasem naleśniki, czasem dam coś słodkiego. Dla mnie normalne. Tylko synowa ma wszystko rozpisane: bez cukru w tygodniu, ograniczony ekran, żadnego „straszenia”, żadnego stania w kącie, żadnego podnoszenia głosu. I ja rozumiem, że czasy się zmieniły, ale czasem mam wrażenie, że przy dzieciach nie wolno już nic.
Problem w tym, że ja też nie byłam święta. Jak wnuk marudził, to mówiłam: „Nie mów mamie, że był tablet, dobrze?” Niby żartem, ale jednak. Jak mała nie chciała jeść obiadu, to obiecywałam czekoladkę. Jak rozrabiali, to zdarzało mi się powiedzieć: „Jak babci nie posłuchasz, to już do nas nie przyjedziesz”. Dla mnie to były teksty z życia, a dla synowej przekraczanie granic.
Tamtego dnia młody powiedział przy niej: „Babcia dała mi dwa batoniki i oglądałem bajki do ciemna”. Synowa spojrzała na mnie i od razu wiedziałam, że będzie źle. Zaczęła spokojnie, ale takim tonem, od którego człowiekowi od razu rośnie ciśnienie. „Umawiałyśmy się inaczej”. Ja na to, że dzieci nie są z porcelany i jakoś mojego syna wychowałam. A ona, że właśnie widzi skutki, bo syn nie umie stawiać granic własnej matce. To mnie zabolało najbardziej.
Wtrącił się syn: „Dobra, spokojnie”. Ale było już za późno. Powiedziałam, że jest niewdzięczna, bo bez mojej pomocy musieliby płacić za prywatną opiekę albo siedzieć na zmianę na L4. Ona z kolei wypaliła: „Pomoc nie daje pani prawa do rządzenia moimi dziećmi”. Na koniec usłyszałam: „Na razie zróbmy przerwę z odbieraniem dzieci. Potrzebujemy oddechu”.
Myślałam, że mnie szlag trafi. Przez dwa tygodnie nikt mnie nie prosił o pomoc. Wnuki widziałam tylko na chwilę przez domofon, jak syn je przywoził na niedzielny rosół, ale już nie zostawały same. Czułam się upokorzona. Opowiadałam siostrze, że synowa odcina mnie od dzieci. Siostra jednak powiedziała: „A ty umiesz odpuścić? Bo z tobą też łatwo nie jest”. I to mnie trochę zatrzymało.
Potem syn zadzwonił, że może byśmy w końcu usiadły i pogadały, bo on jest między młotem a kowadłem. Przyszłam do nich z nastawieniem, że powiem swoje i koniec. Ale rozmowa poszła inaczej.
Synowa powiedziała pierwsza: „Ja nie chcę wojny. Ja po prostu mam poczucie, że przy dzieciach jestem ciągle poprawiana. Jak mówię nie, to pani za chwilę mówi tak. Jak ustalamy zasady, to są obchodzone. A potem ja wychodzę na histeryczkę”.
Odpowiedziałam: „Bo ja mam wrażenie, że cokolwiek zrobię, to źle. Ugotuję źle, ubiorę źle, za długo plac zabaw, za krótko spacer, bajka źle, brak bajki też pewnie źle. Czuję się jak darmowa opiekunka, którą się rozlicza z każdej minuty”.
I wtedy pierwszy raz ona trochę odpuściła. Powiedziała, że jest zmęczona, bo pracuje zdalnie i stacjonarnie na zmianę, dzieci chorują, wszyscy ją pytają o wszystko, a ona i tak słyszy, że przesadza. Przyznała też, że czasem mówi do mnie jak do pracownika, a nie jak do babci dzieci. Ja z kolei powiedziałam, że boję się, że będę odstawiona na bok, że dzieci podrosną i już będę potrzebna tylko wtedy, kiedy trzeba je odebrać z przedszkola.
Nie było nagle wielkiego pojednania, raczej takie zmęczone „dobra, spróbujmy inaczej”. Ustaliłyśmy konkrety. Jak dzieci są u mnie, to nie daję słodyczy bez pytania. Tablet tylko wyjątkowo i nie po kryjomu. Nie podważam jej decyzji przy dzieciach. Jak mi coś nie pasuje, mówię to do niej, a nie komentuję przy wnukach. Z drugiej strony ona ma nie robić mi kontroli przy każdym drobiazgu i nie pisać pięciu wiadomości, czy na pewno zjedli warzywa i mieli czapki. Ustaliłyśmy też, że dwa dni w tygodniu odbieram dzieci, a nie „jak się da”, bo to potem rodziło pretensje po obu stronach.
Minął miesiąc i jest trochę lepiej, chociaż idealnie nie jest. Dalej czasem się gryziemy w język. Ja dalej uważam, że momentami przesadza, a ona pewnie dalej uważa, że jestem staroświecka. Ale przynajmniej nie robimy z dzieci pola bitwy.
Piszę to, bo długo byłam przekonana, że to tylko ona jest winna, a prawda jest taka, że sama też wchodziłam z butami tam, gdzie nie powinnam. Ciekawa jestem, jak wy byście to ustawili między babcią a synową, żeby nikt nie czuł się pomijany i żeby dzieci na tym nie obrywały.