Po śmierci żony córka chciała, żebym sprzedał działkę. Ja pierwszy raz od miesięcy poczułem tam radość

Pierwszej wiosny po śmierci Danuty nie potrafiłem wejść do naszej altanki.

Stała na działkach przy torach, tych samych od trzydziestu paru lat. Niby zwykła, drewniana, z krzywym daszkiem i oknem, które trzeba było podpychać od dołu. Danuta sadziła tam pomidory, choć co roku powtarzała, że „to ostatni raz, bo człowiek się tylko narobi”. Potem i tak w lutym oglądała nasiona w internecie, a w marcu wysyłała mnie po ziemię do Biedronki.

Po jej pogrzebie działka została zamknięta na kłódkę. Klucz leżał w kuchennej szufladzie obok gumek recepturek, starych rachunków i otwieracza do konserw. Wiedziałem, że tam jest. Po prostu przez cztery miesiące go nie dotykałem.

Mam sześćdziesiąt dziewięć lat. Pracowałem w zakładzie energetycznym, potem poszedłem na emeryturę. Nie jestem człowiekiem, który umie dużo mówić o uczuciach. Kiedy Danuta chorowała, nauczyłem się zmieniać worki stomijne, pilnować leków, robić zupy bez soli. A kiedy umarła, nagle nie było już nic do zrobienia.

Córka, Magda, zaczęła przyjeżdżać częściej. Mieszka w Poznaniu, ma dwójkę dzieci, pracuje w banku. Dobra dziewczyna, tylko wszystko robi szybko. Nawet troskę.

Sprawdzała, czy mam jedzenie, czy biorę tabletki na ciśnienie. Raz przywiozła mi pudełko z przegródkami na leki, chociaż od pięciu lat sam je sobie układam. Innym razem powiedziała, że może zamówić kogoś do sprzątania.

— Tato, ty nie musisz wszystkiego dźwigać sam.

Powiedziałem, że nie dźwigam wszystkiego. Nie dźwigałem wtedy nawet reklamówki z większymi zakupami, bo człowiekowi po śmierci żony czasem ciężko unieść mleko i chleb naraz.

Najgorzej było wieczorem. Telewizor gadał, lodówka buczała, a ja łapałem się na tym, że chcę ją o coś zapytać. O cenę truskawek, o sąsiadkę z parteru, o to, czy pamięta, gdzie schowała moje granatowe spodnie. Potem przypominałem sobie i czułem taki wstyd, jakbym przez chwilę udawał, że jej śmierci nie było.

W kwietniu Magda znalazła dokumenty od działki, bo szukała polisy mieszkania.

— Tato, może trzeba by ją sprzedać — powiedziała, stojąc przy blacie. — I tak tam nie jeździsz. Altanka się sypie, opłaty rosną. Za te pieniądze można ci zrobić remont łazienki. Prysznic, uchwyty, normalne płytki.

Nie odpowiedziałem od razu. Kroiłem akurat ogórka do kanapek i kroiłem go za długo, prawie do palców.

— Kto powiedział, że chcę sprzedawać?

— Nikt. Ja tylko mówię rozsądnie. Sam widzisz, że tam już nie dasz rady wszystkiego ogarnąć.

To „nie dasz rady” zostało ze mną na długo. Pewnie nie chciała mnie zranić. Może naprawdę myślała o tej łazience. Ja jednak usłyszałem coś innego: że teraz będę przesuwany jak mebel. Najpierw działka, potem samochód, potem może dom. A na końcu ktoś mi powie, że najlepiej byłoby bliżej Magdy, w mieszkaniu na osiedlu, gdzie nie znam nikogo i nawet nie mam gdzie postawić skrzynki z narzędziami.

Tydzień później pojechałem na działkę autobusem. Samochód sprzedałem jesienią, bo po nocy prawie nie spałem i bałem się, że zasnę za kierownicą. W autobusie było duszno. Jakaś pani wiozła sadzonki w plastikowej kuwecie, ziemia wysypywała jej się na podłogę. Pomyślałem wtedy, że Danuta zaraz by skomentowała, że człowiek powinien przynajmniej worek rozciąć porządnie.

Na miejscu trawa sięgała mi prawie do połowy łydki. W altance pachniało wilgocią i starym drewnem. Na stole wciąż stał kubek Danuty, taki z niebieskim rantem. Nie umyłem go. W środku była zaschnięta plamka po herbacie.

Usiadłem i rozpłakałem się jak dzieciak. Bez żadnej godności, bez sensu. Najpierw cicho, potem tak, że aż mnie gardło bolało. Nikt nie widział, poza kotem sąsiadów, który wszedł przez uchylone drzwi i patrzył na mnie, jakby mu było wszystko jedno.

Ale potem wziąłem grabie.

Nie zrobiłem wielkich porządków. Zgrabiłem kawałek przy wejściu, wyniosłem dwie torby śmieci, otworzyłem okno. Następnego dnia zadzwoniłem do kolegi, Jurka, z którym kiedyś pracowałem. Przyszedł z piłą i naprawił mi jedną deskę w płocie. W zamian dałem mu słoik ogórków Danuty. Jeszcze się uchowały w piwnicy.

Z czasem zacząłem jeździć tam dwa, czasem trzy razy w tygodniu. Nie po to, żeby udowodnić Magdzie, że jestem niezniszczalny. Wcale nie jestem. Plecy bolą mnie po godzinie, a chwasty wracają szybciej, niż człowiek je wyrywa. Ale tam miałem plan na dzień. Kupić ziemię. Podlać. Zobaczyć, czy fasola wzeszła. Pogadać pięć minut z panią Krysią z sąsiedniej alejki.

Któregoś dnia złapałem się na śmiechu. Jurek opowiadał, jak wnuk nazwał go „starym NPC”, a ja śmiałem się tak głośno, że aż się obejrzałem. I od razu przyszła wina. Prawie fizyczna. Jakby Danuta mogła to usłyszeć i pomyśleć, że za szybko mi przeszło.

Wieczorem długo siedziałem w kuchni. Otworzyłem jej stary zeszyt z przepisami. Między kartkami znalazłem listę zakupów: margaryna, koperek, karma dla kota pani Krysi. Nic ważnego. A jednak trzymałem tę kartkę chyba z pół godziny.

Magda przyjechała w czerwcu. Zobaczyła moje ręce, całe w ziemi, i od razu zapytała, czy znowu byłem na działce.

— Byłem.

— Tato, tylko proszę cię, nie przesadzaj. Jak coś ci się tam stanie, to nawet nie będziesz miał kogo zawołać.

Wtedy wybuchłem. Powiedziałem, że ona już mnie pochowała razem z matką. Że chce mi zabrać ostatnią rzecz, w której jeszcze jestem potrzebny. Magda pobladła. Przez chwilę myślałem, że wyjdzie.

Zamiast tego usiadła i zaczęła płakać. Cicho, tak jak Danuta płakała, kiedy nie chciała, żebym widział.

— Ja się po prostu boję, że zostanę sama z tym wszystkim — powiedziała. — Mama umarła tak szybko. A ty udajesz, że nic ci nie jest.

To było niesprawiedliwe, ale też trochę prawdziwe. Udawałem. Przed nią, przed sąsiadami, czasem przed sobą.

Nie sprzedaliśmy działki. Jeszcze nie. Umówiliśmy się, że Magda przyjedzie tam z chłopcami w wakacje i pomoże mi zrobić porządek w altance. Kupiłem już farbę, choć nie wiem, czy starczy mi cierpliwości do malowania.

Wczoraj zadzwoniła i zapytała, czy nadal upieram się przy tych pomidorach.

Powiedziałem, że oczywiście. A potem dodałem, że może kupi mi przez internet takie nasiona, jakie brała jej mama.

Przez moment nic nie mówiła.

— Dobrze, tato — odpowiedziała. — Zaraz poszukam.

Dzisiaj rano padało. Siedziałem przy oknie z herbatą i patrzyłem na mokre balkony. Pomyślałem, że trzeba będzie sprawdzić, czy na działce nie podmyło grządek. Potem nastawiłem pranie, bo skończyły mi się czyste ręczniki.