Wróciłam ze szpitala z synkiem i już w progu zrozumiałam, że zostałam z tym wszystkim sama
Odebrał mnie ze szpitala z synkiem, ale już w samochodzie czułam, że coś jest nie tak. Ja po porodzie ledwo siedziałam, mały płakał, a on tylko mówił: „No to teraz zacznie się prawdziwe życie”. Myślałam, że to nerwy, zmęczenie, że każdy inaczej reaguje.
Tylko że jak weszłam do mieszkania, to miałam ochotę się rozpłakać. Prosiłam go jeszcze przed porodem, żeby ogarnął cokolwiek. Dosłownie cokolwiek. Pościel do łóżeczka, pranie ubranek, miejsce na przewijak, zakupy, obiad na dwa dni. Mówił: „Spokojnie, zdążę”. No więc nie zdążył. W zlewie naczynia, wszędzie jego rzeczy, lodówka prawie pusta, łóżeczko złożone, ale bez materacyka, bo „zapomniał odebrać z paczkomatu”.
Stanęłam w przedpokoju z fotelikiem i powiedziałam tylko: „Ty serio nic nie przygotowałeś?”. A on wzruszył ramionami i rzucił: „Przecież tragedii nie ma. Dziecko i tak na razie śpi z tobą”.
We mnie już wtedy buzowało, ale byłam tak zmęczona, że nawet nie miałam siły się kłócić. Powiedziałam, żeby chociaż zrobił mi herbatę i podał torbę. Usłyszałam: „Najpierw się ogarnę, bo cały dzień latałem”. Cały dzień latał, tylko nie wiem gdzie, bo później się okazało, że był rano na siłowni, potem u kolegi obejrzeć mecz, a po drodze skoczył po kebaba.
Pierwsza noc była koszmarna. Mały budził się co chwilę, ja miałam ból po porodzie, ledwo chodziłam. O drugiej poprosiłam: „Weź go chociaż na chwilę, ja muszę się położyć”. A on przewrócił się na drugi bok i powiedział: „Ale co ja mam z nim zrobić? Przecież on chce ciebie”.
Rano byłam tak rozbita, że usiadłam w kuchni i się popłakałam. On wszedł i zamiast zapytać, co mi jest, powiedział: „Nie przesadzaj, kobiety rodzą od zawsze”. To mnie chyba najbardziej zabolało. Nie jakiś jeden bałagan czy brak zakupów, tylko to, że on w ogóle nie widział problemu.
Żeby było uczciwie, ja też nie jestem bez winy. W ciąży dużo rzeczy brałam na siebie, bo „i tak zrobię szybciej”. Jak coś zawalił, to poprawiałam po cichu. Mama mi mówiła: „Przyzwyczajasz go, że wszystko za niego robisz”. Ja się wtedy obrażałam, bo chciałam wierzyć, że jak przyjdzie co do czego, to dorośnie. No i chyba sama sobie zbudowałam ten obraz, że po porodzie nagle stanie się partnerem, jakiego potrzebuję.
Drugiego dnia powiedziałam mu wprost: „Potrzebuję, żebyś zrobił zakupy, ogarnął mieszkanie i przejął cokolwiek przy małym, chociaż przewijanie i odbijanie po karmieniu”. A on na to: „Ja pracuję, ktoś musi utrzymać ten dom. Ty jesteś na macierzyńskim, to chyba wiadomo, że zajmujesz się dzieckiem”. Tylko że on nawet nie wrócił jeszcze do pracy, bo miał kilka dni wolnego. Siedział z telefonem, oglądał filmiki i pytał mnie, co na obiad.
Powiedziałam wtedy: „To po co w ogóle chciałeś dziecko?”. Obraził się i stwierdził, że przesadzam, że każda młoda matka ma hormony i robi awantury. Potem jeszcze zadzwonił do swojej matki, chyba licząc, że ona go poprze. I rzeczywiście, usłyszałam z głośnika: „Daj mu spokój, on się musi oswoić, ty też nie panikuj”.
Wtedy zadzwoniłam do swojej mamy. Nie opowiedziałam jej nawet wszystkiego, tylko powiedziałam: „Mamo, nie daję rady”. Przyjechała po dwóch godzinach z rosołem, chlebem, pieluchami i zwykłym pytaniem: „Kiedy ostatnio spałaś?”. I wtedy się rozsypałam.
Mąż jeszcze próbował robić ze mnie histeryczkę. Powiedział: „Naprawdę będziesz robić teatr i lecieć do mamusi?”. Odpowiedziałam mu: „Nie, ja po prostu jadę tam, gdzie ktoś mi poda szklankę wody, jak karmię dziecko”. On się wkurzył i powiedział, że jak wyjdę, to „wszyscy będą myśleć, że jest jakimś potworem”. Tylko że ja w tamtym momencie nie myślałam o tym, jak on wypadnie, tylko jak mam przetrwać kolejny dzień.
Spakowałam swoje rzeczy, rzeczy małego, dokumenty i laktator. Nie zabrałam połowy tego, co trzeba, bo ręce mi się trzęsły. On stał w przedpokoju i mówił: „Przesadzasz, wrócisz za dwa dni”. Ja tylko odpowiedziałam: „Może wrócę, jak zrozumiesz, że to nie jest moja samotna robota”.
Jestem u mamy trzeci tydzień. On dzwoni, pisze, raz przeprasza, raz się obraża. Raz pyta o syna, a raz wypomina, że go „odcięłam od dziecka”. Teściowa twierdzi, że powinnam dać mu czas. Moja mama mówi, żebym najpierw doszła do siebie i dopiero potem decydowała. Ja sama już nie wiem, czy uciekłam za szybko, czy po prostu za późno. Wiem tylko, że w dniu, w którym najbardziej potrzebowałam partnera, poczułam się jak samotna matka z mężem obok. Ciekawa jestem, jak wy byście to oceniły i czy dałybyście jeszcze szansę, czy postawiły twardą granicę.