Wyszedłem ze szpitala z żoną i dzieckiem, a po dwóch dniach usłyszałem, że „mam przestać wszystko kontrolować” — tylko że ja naprawdę próbowałem to wszystko utrzymać
„Wyjdź na godzinę z domu, bo się przy tobie duszę” — to usłyszałem od żony trzeciego dnia po powrocie ze szpitala z naszym pierwszym dzieckiem.
I szczerze? Zatkało mnie.
Bo ja od tych trzech dni praktycznie nie siedziałem. Zakupy zrobiłem jeszcze przed porodem: pieluchy, chusteczki, podkłady, maści, laktator, nawet wkładki laktacyjne, bo wyczytałem wcześniej, że mogą się przydać. Lodówkę zawaliłem jedzeniem, rosół ugotowała teściowa, ale resztę ogarniałem ja. W nocy wstawałem razem z żoną, choć mały był na piersi, więc realnie niewiele mogłem zrobić poza przewinięciem, odbiciem, odłożeniem do dostawki i nastawieniem prania o 3:40 nad ranem.
Nie piszę tego, żeby stawiać sobie pomnik. Po prostu nie rozumiem, skąd nagle wyszło, że „wszystko robię źle”.
Od początku chciałem, żeby ten start był porządny. Bez chaosu. Wiadomo, dziecka nie da się zaplanować co do minuty, ale można się przygotować. Miałem rozpiskę: które leki kiedy, terminy wizyt, numer do położnej, paragony w teczce, w aucie pełen bak, żeby w razie czego nie latać po mieście. Dla mnie to normalne. Jak jest trudna sytuacja, to się ją ogarnia, a nie czeka, aż sama minie.
Tylko że w domu nic nie wyglądało jak na tych wszystkich filmikach i poradnikach. Mały płakał seriami. Żona płakała częściej, niż bym się spodziewał. Raz o 6 rano siedziała na podłodze w kuchni i mówiła, że nie umie być matką. Powiedziałem wtedy: „Daj spokój, przecież wszystko robisz. Nakarmiony jest, przewinięty jest, żyje, oddycha, to nie egzamin”. Myślałem, że ją uspokajam. Ona tylko spojrzała na mnie i powiedziała: „Ty zawsze wszystko zamieniasz w zadanie do wykonania”.
Może i zamieniam. Ale co miałem zrobić? Też usiąść i się rozsypać?
Najgorsza była druga noc. Mały wisiał na piersi, potem wrzeszczał, potem zasypiał na 12 minut i od nowa. Żona już ledwo siedziała. Powiedziałem, żeby odciągnąć mleko, to ja podam butelką. Obraziła się, że chcę jej „ukraść karmienie”. Ja nie chciałem nic kraść, tylko dać jej godzinę snu. O 4:20 sam zrobiłem mleko modyfikowane awaryjnie, bo mały darł się tak, że sąsiad z dołu walił kaloryferem. Żona się rozpłakała jeszcze bardziej i powiedziała, że ją zawiodłem, bo ustaliliśmy karmienie piersią.
Tylko że co ja miałem wtedy zrobić? Stać i patrzeć?
Rano zadzwoniła jej mama i po godzinie była u nas. Weszła, rozejrzała się i od progu: „Tu trzeba spokoju, nie dowodzenia”. Zabolało mnie, bo od dwóch dób chodziłem jak automat. Odkurzyłem, nastawiłem zmywarkę, pojechałem do apteki po osłonki i maść na brodawki, kupiłem jeszcze w Żabce wodę i drożdżówki, bo żona nic nie jadła. A i tak wyszło, że przeszkadzam.
Nie kłóciłem się przy teściowej. Wyszedłem tylko z psem i wróciłem po 40 minutach. W domu cisza. Mały spał. Żona też. Teściowa siedziała przy stole i powiedziała spokojnie: „Ona nie potrzebuje kierownika zmiany, tylko chłopa, przy którym może się rozpaść”.
Powiedziałem jej, że jak oboje się rozsypiemy, to nikt tego nie uniesie. Rachunki same się nie zapłacą, wizyty same się nie umówią, dziecko samo się nie przewinie. Za dwa tygodnie miałem wracać do roboty, kredyt mamy jak pół Warszawy, a już i tak wypadły dodatkowe koszty. Sam poród prywatnie konsultowany wcześniej, leki, badania, potem jeszcze 300 zł w aptece w dwa dni. To nie jest serial na Netfliksie, tylko normalne życie.
Wieczorem żona powiedziała mi już spokojniej, że przy mnie czuje się, jakby była projektem do naprawy. Że jak płacze, to ja od razu szukam rozwiązania. Jak mówi, że się boi, to wyciągam telefon i dzwonię do położnej. Jak mówi, że nie daje rady, to robię tabelkę dyżurów. I że może to wszystko ma sens, tylko ona przy tym znika.
Powiedziałem jej, że ktoś musi trzymać pion. Że ja też się boję, tylko nie mam luksusu się posypać, bo wtedy wszystko siądzie. I wtedy pierwszy raz usłyszałem od niej coś, czego nie umiem wyrzucić z głowy: „A kto ci powiedział, że musisz być taki dzielny, skoro ja bym wolała, żebyś był po prostu obok?”
Od tamtej rozmowy minęły trzy tygodnie. Nadal robię zakupy, kąpię małego, wstaję rano przed robotą, żeby żona mogła odespać chociaż godzinę. Nadal pilnuję terminów szczepień i rachunków, bo ktoś musi. Ale czasem, jak ona mówi, że jest źle, to próbuję nie odpowiadać od razu. Siadam. Słucham. Tylko że szczerze — dalej nie wiem, czy to naprawdę lepsze, czy po prostu mniej konkretne.
Bo z jednej strony rozumiem, że życie to nie excel i nie wszystko da się ogarnąć planem. Ale z drugiej — jak odpuścisz za bardzo, to ten cały „akceptuj chaos” bardzo szybko zamienia się w syf, nerwy i pretensje.
Naprawdę pytam: lepiej trzymać się ideału, nawet jak ludzi to uwiera, czy odpuścić i pogodzić się z tym, że będzie niedoskonale, tylko czy wtedy ktoś nie zostaje z tym wszystkim całkiem sam?