„Nie mogę już ciągnąć wszystkiego sama” — kiedy po chorobie mamy zostałam z poczuciem żalu, a brat powiedział, że też się boi
„To sobie załatw prywatną opiekunkę, bo ja już nie mogę” — tak mi powiedział brat przez telefon, kiedy stałam pod przychodnią z wypisem mamy w ręku. Normalnie bym się rozłączyła, ale byłam tak wściekła, że aż mi się głos trząsł.
Powiedziałam: „Serio? Teraz? Jak trzeba odebrać leki, ogarnąć rehabilitację i jeszcze kogoś do niej posadzić na dzień, to nagle cię nie ma?”.
On na to: „Nie mów, że mnie nie ma, bo byłem, kiedy mogłem”.
I wtedy wyrzuciłam z siebie wszystko. Że zawsze jest „kiedy mogłem”. Że ja pracuję zdalnie, ale to nie znaczy, że siedzę i pachnę. Że mam swoje dziecko, kredyt, mieszkanie 48 metrów na obrzeżach miasta i nie mam już siły codziennie jeździć do mamy na drugi koniec. Że od trzech miesięcy ogarniam recepty, lekarzy na NFZ, pampersy z apteki, zakupy z Biedronki, pranie, a on wpada raz na tydzień i jeszcze chce brawa.
Rozłączył się.
Mama po udarze wróciła do siebie, bo uparła się, że nie pójdzie „do żadnego domu” i nie będzie nikomu przeszkadzać. Na początku wszyscy mówili: „Dam radę, jakoś to podzielimy”. Tylko że to „jakoś” szybko zaczęło znaczyć głównie mnie. Mąż pomagał, ile mógł, ale też pracuje na zmiany. Córka ma 9 lat i już kilka razy pytała, czemu ciągle jedziemy do babci, a nie możemy po prostu zostać w domu.
Brat mieszka bliżej mamy niż ja. Nie ma dzieci. I właśnie to mnie najbardziej gryzło. W mojej głowie to było proste: skoro ma mniej na głowie, to powinien robić więcej. Może to było niesprawiedliwe, ale tak myślałam.
Najgorsze było to, że mama też dokładała swoje. Jak przyjeżdżałam, mówiła: „Nie siedź tyle, jedź do domu, ja sobie poradzę”, a pięć minut później dzwoniła, że nie może odkręcić słoika albo boi się wejść pod prysznic. Bratu mówiła z kolei: „Ty pracuj, nie lataj do mnie codziennie”. A potem do mnie: „Twój brat to chyba już o mnie zapomniał”. Była po prostu przestraszona, ale nas to skłócało.
Po tej kłótni nie odzywaliśmy się trzy dni. W końcu zadzwoniła do mnie jego partnerka. Powiedziała spokojnie: „Przyjedź, pogadajcie, bo to nie wygląda tak, jak myślisz”. Nie chciałam jechać, bo byłam pewna, że będzie tłumaczenie lenistwa. Ale pojechałam.
I tam pierwszy raz zobaczyłam, że on nie wygląda jak ktoś, kto ma wszystko gdzieś. Schudł, ręce mu się trzęsły. Usiadł i powiedział: „Ja nie przestałem przyjeżdżać, bo mi się nie chce. Ja po prostu nie umiem już tam wchodzić”.
Zapytałam: „Co to w ogóle znaczy?”.
Powiedział, że od dnia udaru mamy praktycznie nie śpi. Że jak widzi ją słabszą, to go ściska w środku tak, że potem siedzi w aucie i nie może ruszyć. Że dwa razy miał atak paniki pod blokiem i nikomu nie powiedział, bo się wstydził. Nawet przede mną. Nawet przed mamą. Brał zwolnienie, mówił w pracy, że ma problemy żołądkowe, a prawda była taka, że bał się wejść po schodach do jej mieszkania.
Szczerze? Moja pierwsza reakcja wcale nie była czuła. Powiedziałam: „A ja to co? Ja się nie boję? Ja też płaczę po nocach, tylko jakoś jadę”.
On kiwnął głową i powiedział: „Wiem. I właśnie dlatego czuję się jak śmieć”.
To mnie zatrzymało.
Bo nagle zobaczyłam, że ja przez te miesiące też nie byłam fair. Nie mówiłam, że sobie nie radzę, tylko rzucałam teksty w stylu: „jak zwykle wszystko na mojej głowie”. Nie poprosiłam konkretnie: „weź mamę do neurologa w środę” albo „opłać rachunki i zrób zakupy”. Tylko czekałam, aż sam się domyśli. A jak się nie domyślał, to narastał we mnie żal. Do tego przed mamą kilka razy powiedziałam: „No wiadomo, ja muszę być, bo na niego nie ma co liczyć”. Wiem, że to było podle.
Potem wyszło jeszcze coś. Mama nie mówiła mi, że brat przez pierwszy miesiąc po udarze przyjeżdżał do niej codziennie rano przed pracą. Myślałam, że bywał sporadycznie. Nie mówiła, bo „nie chciała robić rywalizacji”. Tylko że właśnie robiła, sama tego nie widząc.
Usiedliśmy z kalendarzem i po raz pierwszy bez pretensji rozpisaliśmy konkrety. Ja biorę przychodnię, recepty i sprawy urzędowe, bo i tak lepiej ogarniam internetowe konto pacjenta i takie rzeczy. On robi zakupy, jedzie z mamą do rehabilitacji i ogarnia drobne naprawy w mieszkaniu. Dodatkowo złożyliśmy w MOPS-ie wniosek o usługi opiekuńcze, chociaż mama była obrażona, że „obca baba” ma jej pomagać. Powiedzieliśmy jej razem, że to nie jest kara ani oddanie jej komuś, tylko żebyśmy wszyscy dali radę.
Nie jest idealnie. Dalej czasem mam w sobie złość, jak on odwoła wizytę u mamy, bo „gorzej się czuje”. I pewnie on ma żal, że tak długo traktowałam go jak wygodnickiego. Ale pierwszy raz od dawna usłyszałam od niego coś normalnego: „Jak nie dasz rady, to powiedz wcześniej, przyjadę”. A ja odpowiedziałam: „Ty też mów wcześniej, zanim znikniesz”.
Chyba najbardziej bolało mnie nie to, że pomagał mniej, tylko że czułam się z tym wszystkim sama. Tyle że on, jak się okazało, też był sam ze swoim strachem i wstydem. Nie wiem, czy to usprawiedliwia jego wycofanie. Sama się nad tym zastanawiam. Jak wy byście na to patrzyli?