„Przecież i tak siedzisz w domu” – usłyszałam to od męża, kiedy ledwo trzymałam się na nogach przy własnym niemowlęciu
„Ty naprawdę z tego robisz taki problem?” – powiedział mój mąż, a jego matka tylko prychnęła i dodała: „W naszych czasach kobieta miała trójkę dzieci, obiad i jeszcze gospodarstwo na głowie. I żyła”.
Stałam wtedy w kuchni, po dwóch godzinach snu, z małą na rękach, w koszulce ubrudzonej mlekiem. I naprawdę przez chwilę myślałam, że się popłaczę albo zacznę krzyczeć.
Wszystko zaczęło się od telefonu od teściowej. Powiedziała, że córka jej siostry ma ciężką sytuację, bo ona z mężem muszą przez kilka tygodni ogarnąć jakieś sprawy zdrowotne i urzędowe, jeździć między szpitalem, poradnią i ZUS-em. Ich dziecko, roczne, nie ma z kim zostać. Żłobek odpada, niania za droga. I padło: „To może ty byś wzięła małego do siebie na trochę. Przecież i tak siedzisz w domu z dzieckiem”.
Myślałam, że to żart. Powiedziałam, że ledwo ogarniam nasze niemowlę, dom i siebie. Mała budzi się po kilka razy w nocy, ma kolki, ja od porodu dalej nie wróciłam do formy, czasem nie mam kiedy zjeść. Na to teściowa: „Nie przesadzaj. Dzieci śpią. Weźmiesz wózek, jedno tu, drugie tam”.
Wieczorem powiedziałam o tym mężowi, licząc, że mnie wesprze. A on od razu: „Ale to tylko kilka tygodni. Rodzinie się pomaga”. Powiedziałam, że może i się pomaga, ale ja już jestem na granicy. Wtedy usłyszałam: „Ty ostatnio na wszystko mówisz, że jesteś zmęczona”.
To mnie zabolało najbardziej, bo on naprawdę mało widzi. Rano wychodzi do pracy, wraca, zje obiad, czasem chwilę potrzyma małą, ale jak ma gorszy dzień, to mówi, że jest padnięty. W nocy praktycznie nie wstaje, bo „musi być wyspany do pracy”. Ja też kiedyś pracowałam, tylko teraz jakby wszystkim się wydawało, że siedzenie w domu z niemowlakiem to odpoczynek.
Żeby było uczciwie – ja też nie byłam całkiem fair. Nie mówiłam mu wprost, jak źle się czuję, tylko zaciskałam zęby. Udawałam, że dam radę, bo nie chciałam wyjść na marudną. Jak pytał, czy wszystko okej, to często mówiłam „tak”, chociaż nie było okej. Może go sama przyzwyczaiłam, że jakoś ogarniam.
Temat wracał przez kilka dni. Teściowa dzwoniła, pisała, wysyłała wiadomości, że tamci są w bardzo trudnej sytuacji, że serca nie mam, że kiedyś my też możemy potrzebować pomocy. Mąż coraz bardziej stawał po ich stronie. Mówił: „To nie jest adopcja, tylko pomoc. Nie każą ci go wychowywać”. Raz nawet rzucił: „Moja matka ma rację, trochę się zrobiłaś wygodna”.
Wygodna. Ja, która od trzech miesięcy nie przespałam jednej całej nocy, chodzę w dresie, jem nad zlewem i myję włosy wtedy, kiedy mała akurat zaśnie na dłużej.
W końcu zaprosili teściową do nas, żeby „na spokojnie porozmawiać”. Spokojnie to nie było. Usłyszałam, że jestem egoistką, że młode matki teraz są delikatne, że kiedyś nikt się nad kobietą nie litował. Powiedziałam, że jeśli to takie proste, to może teściowa sama weźmie tego malucha. Obraziła się i stwierdziła, że ona już swoje dzieci odchowała i ma chore kolana. Na to ja, niestety już ze łzami i podniesionym głosem: „A ja co mam? Bo na pewno nie pomoc”.
Mąż wtedy powiedział coś, po czym mnie odcięło: „Przesadzasz. Siedzisz cały dzień w domu i robisz z siebie ofiarę”.
Zostawiłam małą w łóżeczku, poszłam do łazienki i po prostu usiadłam na podłodze. Trzęsły mi się ręce. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się tak samotna. I wtedy dotarło do mnie, że ja nie odmawiam dlatego, że jestem zła czy bez serca. Ja odmawiam, bo już nie daję rady.
Wyszłam i powiedziałam już całkiem spokojnie: „Nie wezmę tego dziecka. Ani na kilka tygodni, ani na kilka dni. Jeśli chcecie pomagać, zorganizujcie zrzutkę na nianię, zawieźcie ich do lekarza, zróbcie zakupy, ale nie decydujcie moimi siłami za mnie”.
Teściowa się popłakała. Mąż powiedział, że go zawiodłam. Od trzech dni jest między nami chłodno. On uważa, że w trudnym momencie zostawiłam rodzinę. Ja uważam, że wcześniej to mnie zostawiono samą, tylko jakoś nikogo to nie ruszało.
Dopiero później wyszło jeszcze jedno. Mąż już wcześniej obiecał tej rodzinie, że „raczej nie będzie problemu”, zanim w ogóle ze mną porozmawiał. Podobno nie chciał im robić przykrości. I może stąd ten cały nacisk, bo głupio mu było się wycofać. Z jednej strony rozumiem, że chciał dobrze. Z drugiej – wystawił mnie jakby moje zdanie było dodatkiem.
Teraz mam mieszane uczucia, bo wiem, że tamci naprawdę mają ciężko. Ale ja naprawdę też mam. I nie wiem, czemu moja trudność dla wszystkich jest mniej ważna tylko dlatego, że dzieje się w domu, po cichu, bez papierka ze szpitala i bez świadków.
Czy serio jestem taka bezduszna, jak mówią, czy po prostu za późno postawiłam granicę? Ciekawa jestem, jak wy byście to ocenili.