„Powiedzieli mi, że zwariowałem, kiedy zrezygnowałem z etatu. Do dziś nie wiem, czy miałem odwagę, czy po prostu narobiłem głupot”
„Ty jesteś normalny?” – to było pierwsze, co usłyszałem od żony, jak powiedziałem, że składam wypowiedzenie.
Siedzieliśmy w kuchni, dzieci już spały, na stole herbata i rachunek za gaz. Powiedziałem jej spokojnie, że dłużej tak nie dam rady. Robota była niby pewna – magazyn pod Warszawą, umowa o pracę, wypłata na czas, jakieś 5,4 tys. na rękę. Tylko że wracałem do domu jak trup. Nocki, soboty, telefony od kierownika nawet w wolne, kręgosłup siadał. I najgorsze, że człowiek po 20 latach roboty czuł się jak śrubka, którą można wymienić w pięć minut.
Od dawna po godzinach robiłem meble na wymiar. Szafki, garderoby, zabudowy do mieszkań. Najpierw znajomym, potem z polecenia. W garażu u teścia, po nocach i weekendach. Czasem w miesiącu wpadało z tego 3 tys., czasem 7. Jak był sezon, to więcej niż z etatu. Mówiłem żonie od roku, że może warto pójść w to na serio. Ale zawsze było: „nie teraz”, „dzieci małe”, „kredyt”, „ZUS cię zje”, „własna działalność to nie zabawa”.
I ja to wszystko rozumiałem. Naprawdę. Tylko ile można odkładać życie na później?
Nie rzuciłem tego z dnia na dzień. Policzyłem. Miałem odłożone niecałe 38 tys. Kupiłem używanego busa za 19, frezarkę na raty, zrobiłem stronę za 800 zł u chłopaka od córki sąsiadki. Przez trzy miesiące miałem już rozpisane zlecenia. Nie szedłem w ciemno.
Ale dla rodziny to i tak było szaleństwo.
Teść powiedział przy niedzielnym obiedzie: „W twoim wieku to się myśli o stabilizacji, a nie o zabawie w stolarza z Facebooka”. Moja siostra dorzuciła, że „facet z rodziną nie powinien testować siebie kosztem dzieci”. Nawet brat, który sam dwa razy zmieniał robotę, stwierdził, że „teraz każdy chce być swoim szefem, a potem kończy z długami”.
Siedziałem i słuchałem, bo nie chciałem robić awantury przy dzieciakach. Ale w środku mnie nosiło. Bo nikt nie widział, ile ja już oddałem tej stabilizacji. Kto odbierał dzieci z przedszkola, jak ja siedziałem na zmianie? Żona. Kto robił zakupy o 22, bo wcześniej mnie nie było? Ja. Kto w niedzielę składał komodę klientowi, żeby domowy budżet się spiął? Też ja.
Powiedziałem tylko: „To nie jest fanaberia. Ja mam fach w rękach. Nie idę grać na gitarze pod mostem, tylko pracować na swoim”.
Żona później w domu się popłakała. Nie dlatego, że mnie nie wspierała, tylko dlatego, że się bała. I ja to wiedziałem. Mówiła: „Jak ci nie wyjdzie, to co? Sprzedamy auto? Przestaniemy młodemu opłacać angielski? Z czego zapłacisz ZUS, jak dwa miesiące nie będzie zleceń?”
Miałem odpowiedzi. Że ograniczymy wydatki. Że wakacje w tym roku najwyżej nad zalewem, nie nad morzem. Że sam ogarnę księgowość na początku. Że jak będzie źle, wrócę na etat. Przecież magazynów i produkcji wszędzie pełno.
Tylko życie nie liczy się tak równo jak w Excelu.
Na początku było dobrze. Telefon dzwonił, klient za klientem. Wstawałem o 6, jechałem na pomiar do Pruszkowa, potem montaż w Piasecznie, wieczorem wyceny. Byłem zmęczony, ale pierwszy raz od lat czułem, że robię coś swojego. Nikt nade mną nie stał, nikt mnie nie poganiał. Jak syn miał występ w szkole, to pojechałem. Jak córka miała dentystę, to zawiozłem.
I właśnie wtedy wszyscy mówili: „No, może jednak miałeś rację”.
A potem przyszły dwa miesiące, kiedy trzy osoby nie zapłaciły w terminie, jedna kuchnia wróciła do poprawki, bo fronty przyszły porysowane, a bus padł pod Grodziskiem. 4,5 tys. za naprawę. W tym samym czasie rata kredytu, ZUS, leasing na sprzęt i komunia chrześniaka. I nagle z faceta „odważnego” zrobiłem się w oczach rodziny „tego, co wszystkich w to wpakował”.
Najgorsza była rozmowa z żoną pod koniec miesiąca. Siedziała z kartką i liczyła.
– Brakuje nam dwa tysiące trzysta.
– Wiem.
– I co zrobisz?
– Mam dwie zaliczki na przyszły tydzień.
– Ale rachunki są teraz, nie w przyszłym tygodniu.
Wkurzyłem się, bo brzmiało to tak, jakbym nic nie robił.
– To może mam wrócić i zdychać na magazynie, żeby wszyscy byli spokojni?
– Nie o to chodzi – powiedziała. – Chodzi o to, że ty walczysz o siebie, a my mamy się nie bać.
To mi wtedy siadło na głowie. Bo ja naprawdę nie uważałem, że walczę „o siebie” w takim egoistycznym sensie. Ja chciałem pracować uczciwie, zarabiać swoim fachem i być trochę bardziej obecny w domu. Tylko że dla niej obecność bez bezpieczeństwa nie dawała spokoju.
Ostatecznie pożyczyłem 5 tys. od brata. Nie chciałem, ale nie zamierzałem udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Spłaciłem po trzech miesiącach, co do złotówki. Zamówień znowu przyszło więcej. Jakoś to stanęło na nogi.
Tylko atmosfera już nie wróciła do tego, co było. Do dziś jak mówię, że mam słabszy miesiąc, widzę ten wzrok. Nie złość nawet. Bardziej takie: „a nie mówiłam?”. I może najgorsze jest to, że czasem sam sobie to mówię.
Dalej uważam, że nie zrobiłem nic nieodpowiedzialnego. Facet ma prawo chcieć czegoś więcej niż przetrwania od pierwszego do pierwszego i życia pod cudze dyktando. Ale z drugiej strony wiem już, że jak się ma rodzinę, to „moje życie” nigdy nie jest tylko moje.
No i teraz pytanie do was: jeśli człowiek wybiera mniej pewną drogę, ale taką, przy której czuje, że wreszcie stoi na własnych nogach, to jest odwaga czy zwykła nieodpowiedzialność wobec tych, którzy liczą na spokój?