„Jak się nie podoba, to drzwi są tam” — usłyszałam w pracy i do dziś nie wiem, czy dobrze zrobiłam, że się postawiłam

„Albo podpisujesz, albo od przyszłego miesiąca nie układam ci grafiku” — powiedziała do mnie kierowniczka i położyła przede mną kartkę z „dobrowolną zgodą” na nadgodziny. Do dziś pamiętam, jak mi się ręce trzęsły, bo z jednej strony byłam wściekła, a z drugiej wiedziałam, że mam kredyt, czynsz, dziecko i matkę po operacji, do której co drugi dzień jeździłam z zakupami.

Pracuję w drogerii w galerii handlowej pod Łodzią. Nie jest to żadna kariera, ale przez długi czas trzymałam się tej pracy, bo przynajmniej było w miarę blisko, umowa o pracę i można było jakoś ogarnąć życie. Tyle że od ponad roku było coraz gorzej. Wieczne braki kadrowe, telefony w dni wolne, zmiany po 12 godzin, a potem teksty, że „zespół musi być elastyczny”.

Na początku się zgadzałam. Sama też sobie to tłumaczyłam: każdy ma ciężko, czasy są jakie są, trzeba zacisnąć zęby. Jak dziecko miało gorączkę, prosiłam siostrę, żeby odebrała je ze świetlicy. Jak matka potrzebowała recept, jechałam do przychodni przed swoją zmianą. Wszystko na styk. I prawda jest taka, że sama przyzwyczaiłam ich do tego, że zawsze jakoś się ugnę.

Mąż mi mówił:
– Ty im za bardzo pokazujesz, że można po tobie jeździć.
A ja odpowiadałam:
– Łatwo ci mówić, ty nie pracujesz z ludźmi, którzy potem mogą cię wyciąć z grafiku.
Bo u nas to właśnie tak działało. Oficjalnie wszystko zgodnie z przepisami, a nieoficjalnie ten, kto „współpracuje”, dostaje lepsze zmiany i premie uznaniowe.

Punktem zapalnym nie były nawet nadgodziny, tylko sytuacja z klientką. Przyszła pani z reklamacją, już od wejścia podniesionym głosem. Chodziło o otwarty kosmetyk, którego sklep oczywiście nie chciał przyjąć. Kierowniczka stała obok i zamiast mnie wesprzeć, powiedziała przy tej pani:
– Koleżanka jest nowa, jeszcze nie ogarnia procedur.

Nowa. Po trzech latach pracy. Klientka zaczęła do mnie mówić jak do ściany, a kierowniczka tylko przewracała oczami. Po wszystkim poszłam do zaplecza i powiedziałam:
– Nie życzę sobie takich tekstów przy klientach.
A ona od razu:
– To może nie nadajesz się do handlu.
Powiedziałam, że co innego zwrócić uwagę, a co innego upokorzyć człowieka. I wtedy usłyszałam:
– Jak się nie podoba, to drzwi są tam.

Następnego dnia dała mi właśnie tę zgodę na nadgodziny. Niby dobrowolną. Spojrzałam i mówię:
– Nie podpiszę czegoś, co ma wyglądać na dobrowolne, skoro pani mi właśnie grozi grafikiem.
A ona cicho, żeby nikt nie słyszał:
– Uważaj, bo jeszcze pożałujesz tej odwagi.

Nie wiem, czy to była groźba, czy tekst rzucony w emocjach, ale mnie zmroziło. W domu nic od razu nie powiedziałam, bo nie chciałam paniki. Tyle że po tygodniu dostałam same zamknięcia sklepu, potem dwa dni przerwy, potem otwarcie. Kto pracował w handlu, ten wie, że taki grafik rozwala całe życie. Nie mogłam ogarnąć ani dziecka, ani matki. Jak poprosiłam o zmianę jednego dnia, usłyszałam:
– Inni też mają rodziny.

I tu jest ta część, przez którą nie mogę powiedzieć, że jestem bez winy. Bo zamiast od razu pójść do kadr albo do PIP, zaczęłam zbierać screeny, nagrywać rozmowy w telefonie i nakręcać się z koleżankami na zapleczu. Jedna mówiła: „Walcz”, druga: „Siedź cicho, bo cię zniszczą”. Ja byłam coraz bardziej roztrzęsiona, ale w pracy udawałam twardą. W domu też nie byłam fair. Mąż pytał, co się dzieje, a ja odburkiwałam, że ma się nie wtrącać.

W końcu powiedziałam wszystko siostrze, bo to ona najbardziej odczuwała ten bałagan, kiedy znowu dzwoniłam, żeby ratowała mnie z dzieckiem. I siostra zamiast mnie pogłaskać, powiedziała:
– Dobra, ale ty zawsze milczysz za długo, a potem wybuchasz i wszyscy mają gasić pożar.
Zabolało, ale miała trochę racji.

Poszłam do kadr. Nie z awanturą, tylko spokojnie. Opowiedziałam o tej zgodzie, o tekście z drzwiami, o grafiku. Pani z kadr powiedziała:
– Jeśli czuje się pani źle traktowana, może pani złożyć oficjalną skargę, ale musi się pani liczyć z konsekwencjami w zespole.
Czyli de facto: „ma pani rację, ale proszę uważać”.

Najgorsze było to, że nawet część dziewczyn z pracy stanęła trochę po stronie kierowniczki. Nie dlatego, że ją uwielbiały, tylko bały się, że jak zrobię zamieszanie, to sklep dostanie kontrolę, będą cięcia i wszyscy oberwą. Jedna powiedziała mi wprost:
– Ja cię rozumiem, ale ja mam samotnie dwójkę dzieci i dla mnie święty spokój jest ważniejszy niż zasady.
I ja też to rozumiałam. Naprawdę.

Złożyłam skargę. Nie do PIP, tylko wewnętrznie, z opisem sytuacji. Po tygodniu była rozmowa „wyjaśniająca”. Kierowniczka siedziała naprzeciwko mnie i nagle mówiła zupełnie innym tonem:
– Jeśli poczuła się pani urażona, to przykro mi, ale ja jestem pod ogromną presją z centrali.
I pierwszy raz zobaczyłam, że ona też jest między młotem a kowadłem. Tylko że to nie zmieniało faktu, że wyładowywała to na nas.

Od tamtej pory nie jest już tak otwarcie chamsko, ale atmosfera siadła kompletnie. Nikt mnie nie zwolnił, grafiki są trochę normalniejsze, ale czuję, że jestem „ta problematyczna”. Nie dostaję już tylu dodatkowych godzin, więc finansowo też to odczuliśmy. Mąż mówi, że przynajmniej spojrzałam sobie w lustro. Matka z kolei pyta:
– I było warto się wychylać?

Szczerze? Nie wiem. Bo odzyskałam trochę szacunku do siebie, ale straciłam poczucie bezpieczeństwa, że jak będę cicho, to jakoś przetrwam. I chyba najbardziej boli to, że w zwykłej pracy człowiek musi wybierać między godnością a spokojem. Ciekawa jestem, jak wy to widzicie — lepiej siedzieć cicho dla świętego spokoju, czy jednak stawiać granice, nawet jak potem może zaboleć?