„Nie dam ani złotówki więcej” – po tych słowach byłego męża zrozumiałam, że najbardziej cierpi nasza córka

„Nie będę ci sponsorował życia” – powiedział mi przez telefon mój były mąż, kiedy kolejny raz zapytałam, kiedy przeleje alimenty. Stałam wtedy w kuchni, z rachunkiem za prąd na blacie i z wiadomością z dziennika elektronicznego, że trzeba dopłacić za wycieczkę szkolną naszej córki. Najgorsze było to, że ona siedziała w pokoju obok i wszystko słyszała.

Jesteśmy po rozwodzie od dwóch lat. Na początku wmówiłam sobie, że jakoś się dogadamy bez ciągania się po sądach o każdą rzecz. To był mój błąd. Ustalenia ustne działały tylko wtedy, kiedy jemu pasowały. Raz płacił, raz nie. Raz zabierał córkę na weekend, a raz w piątek o 19 pisał SMS, że jednak nie da rady, bo „ma swoje życie”. A potem wrzucał zdjęcia z wypadu ze znajomymi.

Nie chodzi o to, że ja jestem święta. Też popełniłam błędy. Na początku, żeby uniknąć awantur, zgadzałam się na wszystko. Przekładałam odbiory, odpuszczałam spóźnione przelewy, nie składałam od razu wniosku do komornika, bo liczyłam, że się ogarnie. Czasem też przy córce mówiłam: „Twój tata znowu nie przysłał pieniędzy”, bo byłam zmęczona i wściekła. Dzisiaj wiem, że nie powinnam była jej w to mieszać, nawet jeśli mówiłam prawdę.

Najbardziej boli mnie to, co zaczęło się dziać z naszą córką. Ma 9 lat i kiedyś po powrocie od niego powiedziała mi: „Tata mówi, że ciągle chcesz od niego pieniędzy i dlatego on nie może sobie nic kupić”. Zatkało mnie. Zapytałam spokojnie: „A ty jak myślisz?”. A ona tylko wzruszyła ramionami i powiedziała: „Nie wiem, ale jak proszę o nowe buty na WF, to ty mówisz, że poczekamy do wypłaty”.

I to mnie dobiło. Bo nagle zobaczyłam, że dla niej nie ma znaczenia, kto ma rację w papierach. Ona widzi tylko, że u jednego rodzica słyszy, że mama jest pazerna, a u drugiego, że trzeba liczyć pieniądze do pierwszego.

Były mąż oficjalnie pracuje za najniższą, przynajmniej tak twierdzi. Alimenty ma zasądzone, ale płaci je nieregularnie i zwykle nie całość. Jednocześnie zmienił auto, jeździ na urlopy i co chwilę kupuje córce „prezenciki”, żeby pokazać, że przecież o nią dba. Raz wróciła z drogim zestawem klocków, a tydzień później ja nie miałam od niego ani złotówki na podręczniki i obiady w szkole.

Kiedy zwróciłam mu uwagę, usłyszałam: „Ja wolę dać coś dziecku bezpośrednio niż tobie, bo ty wszystko przepalasz”. Zrobiło mi się słabo. Mieszkam z córką w wynajmowanym M3, pracuję na etacie w przychodni rejestracji i naprawdę nie żyję ponad stan. Ale tak, zdarzyło mi się kiedyś kupić sobie kurtkę, kiedy miałam premię, a on potem wypomniał przy dziecku: „Na ciuchy dla siebie masz, a ode mnie jeszcze chcesz”. On umie tak mówić, że człowiek zaczyna się tłumaczyć z każdej złotówki.

W końcu poszłam do prawniczki i złożyłam wniosek o egzekucję alimentów. Potem sprawa trafiła też do sądu, bo chciałam uregulować kontakty bardziej konkretnie. I tu zaczęło się kolejne piekło. Były mąż nagle stał się ojcem idealnym. W sądzie mówił, że utrudniam kontakty, że córka jest przeze mnie nastawiana przeciwko niemu i że on zawsze chce uczestniczyć w jej życiu, tylko ja wszystko blokuję.

Najgorsze jest to, że w tym było trochę prawdy. Bo były sytuacje, kiedy byłam tak zła na niego za te alimenty, że jak pytał o dodatkowy dzień z córką, odpowiadałam oschle albo pisałam: „Najpierw ureguluj zaległości”. Niby wiedziałam, że nie powinno się łączyć pieniędzy z kontaktem z dzieckiem, ale emocje brały górę. On to teraz wykorzystuje.

Na ostatniej rozprawie sędzia zapytała, czy jesteśmy w stanie porozumiewać się dla dobra dziecka. Parsknęłam śmiechem, czego od razu pożałowałam. Były mąż powiedział spokojnie: „Ja zawsze jestem gotowy, tylko matka dziecka jest konfliktowa”. I nagle to ja wyglądałam na histeryczkę.

Po rozprawie córka wróciła od niego i powiedziała: „Tata mówi, że przez ciebie może pójść do więzienia za alimenty”. Kto mówi takie rzeczy 9-latce? Ale potem przyszło mi do głowy, że ja też jej powiedziałam kiedyś: „Jak tata dalej nie będzie płacił, to sprawą zajmie się komornik”. Czyli znowu – każde z nas ciągnie ją na swoją stronę, tylko on robi to sprytniej.

Od kilku miesięcy córka gorzej śpi, boli ją brzuch przed weekendami, kiedy ma do niego iść, ale jak pytam dlaczego, to mówi: „Bo nie chcę, żebyście się znowu kłócili przeze mnie”. Serce mi pęka, bo ona naprawdę myśli, że to przez nią.

Teraz mam zaległe alimenty zgłoszone, czekam na kolejne terminy w sądzie i próbuję ogarnąć psychologa dziecięcego na NFZ, ale terminy są jakie są. Prywatnie też rozważam, choć to kolejne koszty. Były mąż dalej opowiada, że robię z niego potwora, a ja już sama nie wiem, gdzie kończy się walka o córkę, a gdzie zaczyna moja chęć udowodnienia mu, że nie może wszystkiego.

Wiem jedno: najbardziej przegrywa dziecko. I chociaż uważam, że on jest nieuczciwy i krzywdzi ją tym gadaniem, to też muszę przyznać, że za długo liczyłam na „dogadanie się” i sama mówiłam przy niej o rzeczach, których nie powinna słyszeć. Jak wy byście to rozegrali na moim miejscu?