„Usłyszałam od własnej siostry, że jak nie wezmę mamy do siebie, to nie mam już po co przyjeżdżać na święta. Do dziś nie wiem, czy byłam egoistką, czy po prostu ratowałam własne życie”
„To weź ją do siebie, skoro taka jesteś zorganizowana” — powiedziała moja siostra przez telefon takim tonem, że aż mnie ścisnęło w żołądku. Po chwili dodała: „Albo powiedz wprost, że ci własna matka przeszkadza”.
Siedziałam wtedy na parkingu pod Biedronką, z torbami w bagażniku, i normalnie się popłakałam. Bo prawda była taka, że od kilku miesięcy wszystko kręciło się wokół mamy. Po upadku w łazience przestała sobie radzić sama. Niby nic wielkiego według lekarzy — biodro nie złamane, tylko stłuczone, ale od tego momentu bała się zostać sama na noc. Do tego cukrzyca, ciśnienie, początki problemów z pamięcią. Raz wyłączyła rosół po trzech godzinach, raz zostawiła klucze w drzwiach.
Mama mieszka sama w bloku z wielkiej płyty w Radomiu, na czwartym piętrze bez windy. Ja mieszkam z mężem i synem w dwupokojowym mieszkaniu pod Warszawą, jeszcze na kredycie. Siostra ma większy dom pod Lublinem, ale też trójkę dzieci i pracę zdalną. Brat jest za granicą, jak to on, najwięcej mówi przez komunikator, a najmniej może zrobić na miejscu.
Na początku wszyscy byli zgodni: „Trzeba mamie pomóc”. Tylko że słowo „pomóc” u nas w rodzinie bardzo szybko zaczęło znaczyć: ja mam to ogarnąć. Bo jestem „najbardziej konkretna”, „mam samochód”, „umiem załatwiać”. To prawda, przez lata sama się tak ustawiłam. To ja dzwoniłam do przychodni, załatwiałam recepty, zapisy do poradni, zawoziłam mamę na badania do NFZ, ogarniałam zakupy i rachunki przez internet. Jak trzeba było jechać do MOPS-u zapytać o usługi opiekuńcze, też pojechałam ja.
Tylko że nikt nie widział, jakim kosztem. Brałam wolne w pracy, kłóciłam się z mężem, bo kolejny weekend spędzałam u mamy. Syn zaczął mówić: „Znowu jedziesz do babci?”. A ja już byłam tak napięta, że wystarczyło jedno pytanie i wybuchałam.
Najgorsze jest to, że sama też nie byłam fair. Przez długi czas mówiłam wszystkim, że dam radę, bo nie chciałam wyjść na tę złą. Nawet przed mężem udawałam, że to chwilowe. A potem nagle, kiedy zaproponowano, żeby mama zamieszkała u mnie „na jakiś czas”, powiedziałam twarde „nie”. Dla wszystkich to wyglądało tak, jakbym się nagle wycofała.
Mama zresztą też nie była łatwa. Kiedy zaczęliśmy temat opiekunki z MOPS-u, obraziła się. „Nie będę miała obcej baby w domu”. Dzienny dom pobytu? „Jeszcze mnie do umieralni oddajcie”. Parterowe mieszkanie do wynajęcia bliżej mnie? „Ja z tego mieszkania wyjdę tylko nogami do przodu”. A potem dzwoniła o 22:30, że boi się zasnąć sama.
Raz powiedziałam jej ze złością: „Mamo, chcesz pomocy, ale na swoich zasadach, a ja już nie mam z czego dawać”. Była cisza, a potem usłyszałam: „Dobrze wiedzieć”. Do dziś mam to w głowie.
Prawda wyszła przy stole, u siostry, kiedy mieliśmy niby ustalić plan. Brat na głośniku, siostra nerwowa, ja po całym dniu jazdy. Powiedziałam, że mogę dalej ogarniać lekarzy i papiery, mogę dorzucać się do prywatnej opiekunki kilka razy w tygodniu, ale nie wezmę mamy do siebie. Nie mam miejsca, mąż się na to nie zgadza, a ja sama psychicznie tego nie udźwignę.
Siostra od razu: „Czyli pieniądze dasz, ale człowieka nie?”.
Powiedziałam: „A ty masz dom i pokój na dole, więc może…”
Ona na to: „Jasne, najlepiej wszystko zepchnąć na mnie, bo powiedziałam głośno to, czego ty nie masz odwagi”.
Brat z telefonu: „Przestańcie, trzeba myśleć o mamie”.
Ja wtedy już nie wytrzymałam: „Łatwo ci mówić z Holandii. Ty nawet nie wiesz, jakie leki bierze”.
I wtedy siostra wypaliła, że od pół roku to ona dopłaca mamie do rachunków, bo emerytura przestała wystarczać, odkąd doszły leki i rehabilitacja. Zatkało mnie, bo nie wiedziałam. Mama mi nic nie powiedziała. Ja opłacałam zakupy i paliwo, ale byłam przekonana, że z emerytury daje radę. Okazało się, że kilka razy brała chwilówki „na spokojnie, tylko do pierwszego”, żeby nie być dla nas ciężarem. Siostra to spłacała po cichu, bo bała się mojej reakcji. I słusznie, bo bym wybuchła.
Wtedy nagle cała sytuacja przestała być taka prosta. Bo ja naprawdę robiłam dużo, ale też żyłam w wygodnym przekonaniu, że kontroluję temat. A nie kontrolowałam nic. Nie zauważyłam nawet, że mama się zadłuża, bo bardziej pilnowałam terminów wizyt niż tego, co ona czuje i czego się wstydzi.
Z drugiej strony siostra też nie była święta. Zataiła to, a potem użyła tego jako argumentu przeciwko mnie. Powiedziała: „Ty zawsze wszystko organizujesz tak, żeby było po twojemu. Jak trzeba posiedzieć z mamą, to nagle masz granice”. Zabolało, bo było w tym coś prawdziwego.
Skończyło się tak, że mama na razie została u siebie. Udało się załatwić panią z usług opiekuńczych na kilka godzin w tygodniu, choć mama przez pierwszy tydzień była obrażona. Do tego prywatnie przychodzi rehabilitant raz na tydzień. Ja przejęłam finanse i spłatę tych chwilówek, siostra wozi mamę na większe zakupy co drugi weekend, a brat przysyła stały przelew, zamiast tylko dobrych rad. Niby plan jest, ale w rodzinie coś pękło.
Najgorsze, że od tamtej kłótni czuję się obco i u mamy, i u siostry, i trochę we własnym domu też. Jak jadę do mamy, mam wyrzuty, że robię za mało. Jak nie jadę, też mam wyrzuty. A jednocześnie wiem, że gdybym zgodziła się wziąć ją do siebie, to pewnie rozsypałoby mi się małżeństwo i zdrowie.
Nie wiem, czy człowiek ma obowiązek poświęcić własny spokój, żeby udowodnić rodzinie, że kocha. Naprawdę jestem ciekawa, jak wy to widzicie, bo może ja już przez te emocje sama nie umiem ocenić, gdzie kończy się odpowiedzialność, a zaczyna ratowanie siebie.