„Po tym, co usłyszałam od siostry, przestałam odbierać telefony. Do dziś nie wiem, czy postawiłam granicę, czy po prostu zawiodłam”
„To już w ogóle nie przyjeżdżaj” – usłyszałam od siostry przez telefon. Powiedziała to takim tonem, jakbym była obcą osobą, a nie kimś, kto przez ostatnie trzy lata prawie każdy wolny weekend spędzał u mamy.
Zatkało mnie. Odpowiedziałam tylko: „Wiesz co, chyba faktycznie nie przyjadę”. I się rozłączyłam.
Od tamtej pory minęły prawie dwa miesiące. Nie byłam u mamy ani razu. Dzwonię do niej, zamawiam jej leki przez internet do apteki, opłaciłam rachunek za gaz, bo znowu zapomniała terminu, ale fizycznie tam nie pojechałam. I cała rodzina już chyba uważa, że się obraziłam jak dziecko.
Tylko że to nie zaczęło się od jednego telefonu.
Mama po drugim pobycie w szpitalu nie jest już samodzielna tak jak kiedyś. Nie leży, ale dużo rzeczy jej ciężko ogarnąć. Mieszka sama w starym mieszkaniu po rodzicach, na trzecim piętrze bez windy. Siostra mieszka od niej 15 minut pieszo, ja mam prawie 90 km w jedną stronę, pracę na etacie i nastoletniego syna. I od początku było takie ciche założenie, że skoro ja „lepiej ogarniam”, to będę załatwiać lekarzy, recepty, papiery w przychodni, kontakt z administracją, a siostra będzie na miejscu, jak trzeba podskoczyć po zakupy albo sprawdzić, czy mama wzięła leki.
Na początku to działało. Dzwoniłyśmy do siebie codziennie. Jak nie mogłam czegoś załatwić, to ona jechała. Jak jej brakowało pieniędzy do wykupienia leków, to przelewałam. Nie liczyłam tego. To była mama.
Problem w tym, że z czasem zaczęło być tak, że ja nie tylko załatwiałam rzeczy „zdalnie”, ale też słuchałam pretensji z obu stron. Mama, że siostra wpada na chwilę i jest wiecznie zła. Siostra, że mama dzwoni po kilka razy dziennie i o wszystko ma żal. Ja między nimi jak dyspozytorka.
Mój mąż kilka razy mówił: „Przestań być centralą telefoniczną, bo się zajedziesz”. Ja się wtedy wściekałam, że łatwo mu mówić, bo to nie jego matka. Dzisiaj widzę, że trochę miał rację.
Najgorsze było to, że sama też nie byłam fair. Bo zamiast jasno powiedzieć siostrze, że nie dam rady co weekend przyjeżdżać, przyjeżdżałam i narastała we mnie złość. A potem wracałam do domu i byłam nie do życia dla wszystkich. Syn mi kiedyś powiedział: „Jak jedziesz do babci, to potem dwa dni się do ciebie nie odzywam, bo i tak jesteś ciągle zdenerwowana”. To mnie zabolało, ale nic nie zmieniłam.
Punktem zapalnym były święta. Ustaliłyśmy wcześniej, że w tym roku wigilię robi siostra u siebie, bo u mamy już za ciasno i za dużo roboty. Dwa dni przed świętami zadzwoniła, że jednak nie da rady, bo jej mąż pracuje, dzieci chore, a mama uparła się, że chce „po staremu”. Powiedziałam, że ja nie zrobię wszystkiego sama, bo też pracuję do końca tygodnia i mam swoje przygotowania. No i wtedy usłyszałam, że ja zawsze mam wymówki, że „pomagam, ale tak, żeby wszyscy widzieli”, i że najłatwiej mi wysyłać przelewy i mówić innym, co mają robić.
To zabolało, bo część tego była zwyczajnie krzywdząca, ale część niestety prawdziwa.
Bo ja naprawdę lubię mieć kontrolę. Jak coś jest załatwione po mojemu, to jestem spokojniejsza. Zdarzało mi się poprawiać po siostrze terminy wizyt, dzwonić do mamy i sprawdzać, czy na pewno zrobiła to, o co ją prosiła siostra. Pewnie mogła się czuć, jakbym uważała ją za nieogarniętą.
Tylko że z drugiej strony ona też potrafiła zniknąć. Nie odbierała pół dnia, a potem pisała: „Byłam w robocie”. Albo mówiła, że wpadnie do mamy po pracy, a mama o 20 dzwoniła, że nikogo nie było. Potem się okazywało, że poszła tylko na szybko do Biedronki i zostawiła zakupy pod drzwiami, bo nie miała siły słuchać narzekania.
Po tej naszej kłótni zadzwoniła do mnie jeszcze raz, już spokojniej, i powiedziała: „Ty możesz wrócić do siebie i odpocząć. Ja tu jestem cały czas. Nawet jak mnie u niej nie ma, to i tak siedzi mi to na głowie”. I to był chyba pierwszy raz, kiedy naprawdę usłyszałam, jak bardzo ona jest zmęczona.
Tylko że wtedy byłam już tak naładowana, że zamiast normalnie pogadać, odpowiedziałam: „To może przestań wszystkim wypominać i poproś o pomoc, zanim wybuchniesz”. Ona na to: „Ciebie? Przecież ty pomagasz tylko wtedy, kiedy ci pasuje”.
Od tamtej pory kontakt nam się urwał. Mama oczywiście czuje, że coś jest nie tak. Pytała kilka razy: „Pokłóciłyście się?” Mówię, że nie, że po prostu każda ma dużo na głowie. Nie chcę jej w to wciągać.
Tydzień temu sąsiadka mamy zadzwoniła do mnie, że mama przewróciła się na klatce, na szczęście nic wielkiego, tylko stłuczone kolano. Siostra była wtedy z nią na SOR-ze i napisała mi tylko sms: „Opanowane”. Nawet nie wiem, czy mam jej dziękować, czy udawać, że wszystko jest normalnie.
Najgorsze jest to, że ja z jednej strony czuję ulgę. Naprawdę. W weekend pierwszy raz od dawna nie siedziałam w samochodzie, nie biegałam po aptece i nie odbierałam co chwilę telefonu. Było cicho. I od razu przyszło poczucie winy, że ta cisza jest czyimś kosztem.
Nie chcę zrywać relacji na zawsze. To moja siostra, wcześniej naprawdę byłyśmy blisko. Ale też nie chcę wracać do układu, w którym wszystko robię z wyrzutem, a potem słyszę, że i tak za mało. Zastanawiam się, czy da się jeszcze to poukładać, czy czasem człowiek tak długo udaje, że daje radę, aż zostaje już tylko żal.
Jak wy to widzicie? W którym momencie stawianie granic jest jeszcze dbaniem o siebie, a w którym zwykłym wycofaniem się z odpowiedzialności?