„Jak powiedziałam rodzinie, że nie dam już rady opiekować się mamą, usłyszałam, że myślę tylko o sobie. Do dziś nie wiem, czy postawiłam granicę, czy po prostu wszystkich zawiodłam”

„To ty jesteś córką, która zawsze wszystko ogarnie, więc teraz też nie wymyślaj” – usłyszałam od brata przez telefon, kiedy powiedziałam, że nie wezmę już kolejnego wolnego i nie będę codziennie jeździć do mamy.

Powiedziałam tylko: „Nie ogarnę. Już naprawdę nie ogarnę”.

I wtedy zaczęło się wyliczanie. Że mieszkam najbliżej. Że nie mam małych dzieci. Że pracuję zdalnie, więc „mogę sobie laptopa otworzyć gdziekolwiek”. Że mama po wyjściu ze szpitala nie może zostać sama, bo raz już zasłabła w łazience. Że obcy ludzie to nie rodzina i jak my jej nie pomożemy, to kto.

Najgorsze jest to, że w tym wszystkim oni nie mówili całkiem bez racji.

Mama od zimy zaczęła mocno podupadać. Niby nic jednego, ale wszystko naraz. Cukrzyca, ciśnienie, potem problem z nogą, w końcu pobyt w szpitalu powiatowym. Po wypisie lekarz powiedział, że trzeba pilnować leków, jedzenia i tego, żeby sama nie wchodziła na stołek, nie myła okien, nie nosiła zakupów. Czyli dokładnie tego, czego mama i tak słuchać nie chce.

Na początku sama się zgłosiłam. „Dobra, przyjadę po pracy, zrobię zakupy, ogarnę recepty, zawiozę do przychodni”. Potem doszły telefony z pracy w środku dnia, bo mama nie mogła znaleźć skierowania, bo skończyły się paski do glukometru, bo pani w rejestracji powiedziała coś, czego mama nie dosłyszała. Potem zwolnienie, potem dwa tygodnie urlopu, bo po szpitalu trzeba było przy niej siedzieć prawie cały czas.

Rodzeństwo pomagało, ale bardziej „jak się dało”. Jedno przyjechało na sobotę, drugie zrobiło większe zakupy raz na jakiś czas i uważało, że temat załatwiony. A wszystko stałe spadło na mnie: przychodnia, apteka, ZUS, recepty, wyniki, dzwonienie po rehabilitację, pilnowanie rachunków, nawet zamawianie węgla, bo mama jeszcze pali w starym piecu i twierdzi, że „na gaz to ją nie stać”.

Tylko że jest też druga strona, o której rodzinie długo nie mówiłam. Ja już od kilku miesięcy ledwo spałam. Budziłam się od dźwięku telefonu, bo bałam się, że coś się stało. Zaczęłam zawalać robotę. Szef raz mnie zapytał: „Czy ty jesteś jeszcze w projekcie, czy już tylko pod telefonem domowym?” Było mi wstyd, ale miał rację. Do tego mój partner zaczął mówić, że jestem z nim tylko ciałem, a głową ciągle u mamy. I też miał rację.

Najgorsze, że sama sobie to trochę zrobiłam. Od lat w rodzinie byłam tą „rozsądną”. Jak coś trzeba było załatwić w urzędzie, to ja. Jak mama miała pismo z NFZ i nie rozumiała, to ja. Jak trzeba było pojechać na SOR, to też najczęściej ja. Nie protestowałam, bo mi było szybciej zrobić niż się wykłócać. Tylko potem wszyscy się przyzwyczaili, łącznie ze mną.

Pękło miesiąc temu. Mama zadzwoniła do mnie o 6:20 rano z pretensją, że nie kupiłam jej wody w małych butelkach, tylko w dużych, a ona nie ma siły nalewać. Ja akurat siedziałam po prawie nieprzespanej nocy, bo kończyłam raport. Powiedziałam za ostro: „Mamo, ja nie jestem twoją opiekunką na etat”. I ona zamilkła. Potem tylko cicho powiedziała: „Aha, czyli już jestem ciężarem”.

Do dziś mam te słowa w głowie.

Po tym telefonie pojechałam do niej, ale już byłam kłębkiem nerwów. Mama płakała, ja płakałam, a finalnie zamiast spokojnie pogadać, zaczęłam wyrzucać wszystko naraz. Że jestem zmęczona. Że nikt mnie nie pyta, czy ja mam siłę. Że rodzeństwo wpada na godzinę i wrzuca zdjęcie rosołu na grupę rodzinną, jakby robiło nie wiadomo co. Mama wtedy powiedziała: „To powiedz wprost, że nie chcesz się mną zajmować”.

I tu jest problem, bo ja nie umiałam odpowiedzieć. Bo ja chcę pomóc. Tylko nie tak, żeby mi się całe życie posypało.

Wieczorem było rodzinne dzwonienie. Brat od razu: „Nie możesz matki teraz zostawić”. Drugie z rodzeństwa: „Każdy ma ciężko, ale takie jest życie”. Ja powiedziałam, że trzeba ustalić dyżury albo poszukać opieki z MOPS-u, może pielęgniarki środowiskowej, może kogoś prywatnie choć na kilka godzin tygodniowo. Cisza. A potem tekst, że „obca baba będzie matce tyłek podcierać, bo dzieci mają ważniejsze sprawy?”.

Tylko że nikt nie zauważył, że ja nie mówię o umyciu okna, tylko o tym, że już nie daję rady psychicznie. I że mama wcale nie jest osobą leżącą, tylko potrzebuje pomocy w organizacji, pilnowaniu i codziennych rzeczach. Sama też bywa uparta. Potrafi zadzwonić, że nie ma chleba, a jak przyjadę, to okazuje się, że ma bochenek w zamrażarce, tylko „zapomniała”. Albo mówi lekarzowi, że wszystko rozumie, a potem w domu bierze leki po swojemu. A jak zwrócę uwagę, to słyszę, że robię z niej wariatkę.

Ale żeby było uczciwie: ja też nie byłam fair. Przez długi czas nie mówiłam, jak bardzo jestem przeciążona, tylko chodziłam nabuzowana i liczyłam, że wszyscy sami się domyślą. Jak rodzeństwo pytało „dasz radę w tym tygodniu?”, to mówiłam „dobra”, a potem miałam żal. Partnerowi też obiecywałam, że „jeszcze tylko trochę”, choć sama nie wierzyłam, że to będzie trochę.

W końcu tydzień temu powiedziałam, że od przyszłego miesiąca mogę być u mamy dwa popołudnia w tygodniu i ogarniać sprawy urzędowo-lekarskie, ale nie codzienną gotowość 24 godziny na dobę. Resztę trzeba podzielić albo zorganizować inaczej. Brat się obraził. Drugie z rodzeństwa napisało, że „teraz pokazuję prawdziwą twarz”. Mama od tamtej rozmowy jest dla mnie chłodna. Mówi grzecznie, ale tak oficjalnie, jakby rozmawiała z kimś obcym.

I ja naprawdę nie wiem, czy przesadziłam. Z jednej strony czuję ulgę, bo pierwszy raz powiedziałam jasno, ile dam radę. Z drugiej mam potworne poczucie winy, bo wychowałam się w domu, gdzie „matki się nie zostawia”, i sama bym kiedyś oceniła kogoś takiego jak ja bardzo surowo.

Czy postawienie granicy w takiej sytuacji to jeszcze dbanie o siebie, czy już zwykły egoizm? Jak wy byście to rozwiązali na moim miejscu?