Powiedziałem żonie, że nie dam już rady ciągnąć tego sam — i od tamtej rozmowy w domu już nic nie jest takie samo
Powiedziałem żonie wprost przy kuchennym stole: „Ja już tak dłużej nie pociągnę”. I nie chodziło o jakiś wielki dramat z filmu, tylko o zwykły wtorek, rachunek za gaz 612 zł, rata kredytu, młody pytający, czy pojedziemy latem nad morze, i ją, siedzącą w dresie, patrzącą w kubek z zimną kawą.
Ona wtedy tylko powiedziała: „Czyli co? Zostawisz mnie teraz, jak mi najgorzej?”
I od razu wiedziałem, że cokolwiek odpowiem, będę tym złym.
Moja żona od ponad dwóch lat jest w kiepskim stanie psychicznym. Najpierw myśleliśmy, że to przemęczenie po zwolnieniu z pracy, potem że może jesień, może hormony, może po prostu taki okres. Byliśmy u psychiatry na NFZ, terminy wiadomo jakie, prywatnie 250 zł za wizytę, leki kolejne 180-200 miesięcznie. Chodziła na terapię przez jakiś czas, potem przestała, bo mówiła, że „to i tak nic nie daje”.
Ja w tym czasie robiłem swoje. Pracuję w hurtowni budowlanej pod Warszawą, wstaję o 5:20, wracam po 17. Jak trzeba było, brałem soboty. Odbierałem młodego z angielskiego, robiłem zakupy w Lidlu, gotowałem na dwa dni, ogarniałem pranie, zawoziłem teściową do lekarza, bo żona nie miała siły. Nie piszę tego, żeby ktoś mnie klepał po plecach, tylko żeby było jasne: ja nie uciekłem od odpowiedzialności.
Przez długi czas uważałem, że tak trzeba. Że jak jedno siada, to drugie ciągnie. Przecież na tym polega małżeństwo. Tylko że u nas to „na chwilę” zrobiło się codziennością. Rano budziłem młodego, robiłem mu kanapki, wracałem z roboty i nigdy nie wiedziałem, co zastanę. Czasem obiad był zrobiony, a czasem rolety zasłonięte o 15 i cisza w mieszkaniu taka, że aż człowiekowi się robiło dziwnie.
Nie miałem do niej pretensji o chorobę. Naprawdę. Ale miałem pretensję o to, że wszystko zaczęło się opierać tylko na mojej wydolności. Ja nie mogłem mieć gorszego dnia. Nie mogłem powiedzieć, że też jestem zmęczony. Bo od razu słyszałem: „To ja mam przepraszać, że żyję?” albo „Widzisz tylko siebie”.
Najgorsze były obietnice. „Od poniedziałku wracam do terapii.” „Od przyszłego miesiąca poszukam czegoś zdalnie.” „Zacznę wychodzić na spacery.” I ja to kupowałem, bo chciałem wierzyć. Płaciłem za wizyty, ustawiałem przypomnienia, dzwoniłem nawet do poradni. Tylko potem przychodził dzień wizyty i słyszałem: „Nie dam rady”. Raz, drugi, dziesiąty.
Kulminacja była miesiąc temu. Dostałem telefon z przedszkola, że trzeba odebrać młodego wcześniej, bo ma gorączkę. Nie mogłem zejść z magazynu, bo mieliśmy dostawę i kierownik już patrzył krzywo, bo wcześniej kilka razy urywałem się przez dom. Dzwonię do żony — nie odbiera. Drugi, trzeci raz. W końcu zadzwoniłem do sąsiadki z piętra niżej, tej pani po pięćdziesiątce, co czasem odbiera paczki. Poszła, zapukała. Żona była w domu, ale podobno leżała i „nie była w stanie”.
Ja wtedy pierwszy raz poczułem nie współczucie, tylko wściekłość. Nie o to, że choruje. O to, że już nawet dziecko nie może być pewne, że ktoś po nie pójdzie.
Wieczorem powiedziałem, że tak dalej nie będzie. Że albo wraca do leczenia na serio, nie „może”, nie „spróbuję”, tylko konkretnie, albo ja biorę młodego i na jakiś czas wyprowadzam się do mojej siostry. Nie po to, żeby ją ukarać. Po to, żeby młody miał jakiś rytm i żeby ja sam nie zwariował.
Rozpętała się awantura. Że ją szantażuję. Że jak miała gorszy czas, to zamiast ją trzymać za rękę, ja jej stawiam warunki. Teściowa zadzwoniła, że „ślubowałeś na dobre i na złe”. No ślubowałem. Tylko czy to znaczy, że mam patrzeć, jak wszyscy toną, byle nikogo nie urazić?
Z drugiej strony wiem, że choroby psychicznej nie załatwia się tekstem „weź się w garść”. Wiem, że dla niej samo umycie włosów czasem było wysiłkiem. Wiem też, że mogłem brzmieć twardo. Może za twardo. Tylko że ja to mówiłem po dwóch latach ciągnięcia wszystkiego, a nie po dwóch tygodniach.
Od tamtej rozmowy jest między nami chłód. Chodzi na terapię, ale mam wrażenie, że bardziej z lęku przede mną niż z przekonania. Młody pyta, czemu mama znowu płacze w łazience. Ja śpię po 4-5 godzin, bo albo myślę o kasie, albo o tym, czy nie przesadziłem.
Nie chcę być facetem, który odwrócił się od żony, kiedy było źle. Ale nie chcę też uczyć dziecka, że ratowanie rodziny polega na tym, że jeden człowiek ma prawo się rozsypać, a drugi nie.
Naprawdę pytam: w którym momencie wspieranie bliskiej osoby przestaje być lojalnością, a zaczyna zwyczajnie rozwalać życie całej reszcie?