Oddałem żonę do domu opieki, choć obiecałem, że nigdy tego nie zrobię. I do dziś nie wiem, czy uratowałem nas oboje, czy po prostu ją zawiodłem
Powiem od razu: największa awantura nie była z lekarzem, tylko przy kuchennym stole, jak powiedziałem dzieciom, że załatwiłem żonie miejsce w prywatnym domu opieki pod Otwockiem.
Córka od razu: „Jak to załatwiłeś? Nawet z nami tego nie przegadałeś?”.
Syn ciszej, ale gorzej: „Przecież obiecałeś mamie, że jej nie oddasz”.
No i właśnie od tego się wszystko zaczęło. Bo łatwo jest powiedzieć „nie oddasz”, jak się wpada na dwie godziny w niedzielę z sernikiem i wraca do swojego życia.
Moja żona od trzech lat jest po udarze. Najpierw myśleliśmy, że rehabilitacja, że jakoś wróci. Wróciła częściowo. Chodziła z balkonikiem, mówiła niewyraźnie, ale kontakt był. Potem doszły problemy z pamięcią, nocne wstawanie, mylenie leków, potem pampersy, odleżyny, złość, płacz, czasem agresja. Nie jakaś filmowa, tylko taka codzienna: plucie tabletką, wyrywanie kroplówki po szpitalu, krzyk o trzeciej nad ranem, że obcy facet jest w domu, chociaż to byłem ja.
Pracuję na magazynie pod Warszawą. Nie jestem żadnym bogaczem. Rano zmiana, potem zakupy, apteka, w domu pranie, gotowanie lekkostrawne, przewijanie, mycie, smarowanie pleców, ogarnianie wizyt. Na początku brałem opiekę, urlopy, L4, zamieniałem zmiany. Potem kierownik powiedział wprost: „Ja panu współczuję, ale firma też musi działać”. I miał rację. Kredyt sam się nie spłaca, czynsz do spółdzielni nie poczeka, prąd też nie.
Próbowaliśmy wszystkiego. MOPS, opiekunka na godziny, sąsiadka do pomocy, rehabilitant prywatnie po 150 zł za wizytę, neurolog, psychiatra. Dzienny dom pobytu — żona po dwóch dniach nie chciała tam jechać, darła się przy wejściu tak, że ludzie patrzyli. Opiekunka środowiskowa była 2 godziny dziennie. Dwie godziny. A doba ma ich 24.
Najgorsze przyszło zimą. Zasnąłem siedząc na krześle w kuchni. Obudził mnie huk. Żona zdążyła zejść z łóżka i przewróciła się w przedpokoju. Rozcięta brew, karetka, SOR na Banacha, siedzenie pół nocy na plastikowym krześle. Lekarz powiedział spokojnie, bez oceniania: „Pan już nie daje rady sam. To nie jest zła wola, tylko skala opieki”.
Ja i tak jeszcze się zapierałem. Bo człowiek sobie mówi: dam radę, inni dają, mąż powinien. Tylko że ja już przestawałem ogarniać. Schudłem 12 kilo, ciśnienie mi skakało, w pracy walnąłem paleciakiem w regał, bo przysnąłem na stojąco. Mistrz zmiany mnie odciągnął i powiedział: „Chcesz sobie zrobić krzywdę albo komuś?”.
Dom opieki nie jest tani. Ten, na który się zdecydowałem, kosztuje 6,8 tys. miesięcznie. Dużo. Bardzo dużo. Ale jest rehabilitacja, lekarz, dyżur nocny, normalne łóżka, podnośnik, trzy osoby na zmianie, nie ja sam z bolącym kręgosłupem. Sprzedałem działkę po rodzicach pod Mińskiem. Dzieci były wściekłe, bo „to miało zostać w rodzinie”. Tylko że rodzina jakoś nie stanęła w kolejce do nocnego czuwania.
Nie chcę być niesprawiedliwy. Córka ma dwójkę swoich dzieci i kredyt we Frankach jeszcze po ugodzie ją ciśnie. Syn jeździ tirem po Niemczech, go nie ma po tydzień. Oni pomagali, jak mogli. Naprawdę. Zakupy, trochę pieniędzy, czasem weekend. Ale „jak mogli” to nie to samo co codziennie od 5:40 do 23:30.
Najgorsza rozmowa była z żoną w dzień przeprowadzki. Miała akurat lepszy dzień, bardziej kontaktowy. Siedziała w fotelu i powiedziała niewyraźnie: „Ty mnie już nie chcesz”.
I to mnie dobiło bardziej niż pretensje dzieci.
Powiedziałem jej: „Chcę, tylko już nie umiem ci zapewnić tego, co trzeba”.
A ona: „Obiecałeś”.
No obiecałem. Tylko obiecywałem jako mąż, a nie jako pielęgniarz, rehabilitant, ratownik i nocny stróż w jednej osobie.
Teraz jeżdżę do niej co drugi dzień. Wiozę jogurt, czasem rosół w słoiku, siadam, poprawiam koc, gadam nawet jak odpowiada półsłowami. Personel mówi, że jest spokojniejsza, lepiej śpi, mniej upadków, odleżyny się goją. Czyli obiektywnie — lepiej. Na papierze wszystko się zgadza.
Tylko że wracam potem do pustego mieszkania i mam w głowie jedno zdanie: „Ty mnie już nie chcesz”. Dzieci trochę odpuściły, ale czuję, że patrzą na mnie inaczej. Jak na kogoś, kto nie dowiózł do końca.
Ja naprawdę nie uciekłem do nowego życia, nie znalazłem sobie kochanki, nie przepiłem pieniędzy. Dalej płacę, jeżdżę, pilnuję, załatwiam lekarzy, piorę jej rzeczy. Tylko nie dźwigam już jej sam fizycznie na własnych rękach.
I teraz pytanie do was: jeśli człowiek już jest na granicy i oddaje najbliższą osobę pod fachową opiekę, to jest zwykłe pójście na łatwiznę czy jednak jakaś forma odpowiedzialności, nawet jeśli boli wszystkich po równo?