Zaginione miasto Majów czy zwykłe myślenie życzeniowe

Słuchajcie, ostatnio wpadło mi w ręce coś o tych mitycznych miastach Majów, konkretnie o jakimś Sac Balam, i powiem wam szczerze: im więcej o tym czytam, tym bardziej mnie mierzi ta cała „pewność”, z jaką ludzie o tym piszą. No bo patrzcie – znaleźli w dżungli mur, jakieś skorupy ceramiki, zmierzyli to i cyk, „odkryliśmy zaginione miasto”. Bo pasuje do opisów w starych papierach. No serio?

Ja nie jestem żadnym profesorem, nie kończyłem studiów z archeologii i nie będę wam tu sypał łaciną, ale życie mnie nauczyło jednego: jak coś wygląda zbyt idealnie, żeby być prawdą, to zazwyczaj jest w tym jakiś haczyk. To trochę jak z tymi „okazjami” na OLX. Ktoś ci mówi, że auto jest igła, bezwypadkowe, garażowane, a ty patrzysz na lakier i widzisz, że coś tu śmierdzi. No i tak samo jest z tym Sac Balam.

Mamy mur, który ma 16 metrów. I mamy stare zapiski Hiszpanów, którzy pisali, że tam był mur. No i nagle wszyscy są tacy pewni swego. „No przecież wymiary się zgadzają, to musi być to!”. No nie wiem, panowie i panie. To tak, jakbym ja znalazł w lesie stary, zardzewiały klucz i stwierdził, że to na pewno klucz do drzwi mojego dziadka, bo dziadek kiedyś wspominał, że zgubił klucz w lesie. No może tak, a może to po prostu jakiś stary klucz od jakiejś budy, której nikt nie spisał w kronikach?

Ale najciekawsze jest to, na czym oni opierają tę swoją pewność. Na dokumentach kolonizatorów. Zastanówcie się nad tym na spokojnie, bez pośpiechu. Ci goście, którzy pisali te kroniki, robili wszystko, żeby tę cywilizację wymazać z mapy, zniszczyć, przejąć. I teraz, setki lat później, traktujemy ich notatki jak świętą prawdę objawioną, jak instrukcję obsługi do dżungli. To jest jakiś żart. Ufamy ludziom, którzy chcieli zniszczyć to miejsce, żeby udowodnić, że to miejsce istnieje. No coś tu mi się kompletnie nie składa.

Wiadomo, pewnie teraz wyskoczy ktoś i powie: „Ale panie, przecież są markery geograficzne, są konkretne opisy, to nie może być przypadek!”. No właśnie to mnie najbardziej irytuje. Ta niezachwiana pewność. Że jak coś pasuje do narracji, to znaczy, że to jest prawda. A co, jeśli my po prostu bardzo chcemy znaleźć to „zaginione miasto”, więc podświadomie dopasowujemy każdy kamień w dżungli do tego, co przeczytaliśmy w książce? To jest klasyczne myślenie życzeniowe.

Zauważcie, że w tych wszystkich opisach brakuje czegoś kluczowego. Nie ma konkretnego datowania węglowego, nie ma warstw popiołu, które by potwierdziły pożar czy walki. Jest tylko „pasuje do opisu”. W prawdziwym życiu, jak idziesz do mechanika i on ci mówi: „No, panie, to musi być pompa paliwa, bo tak zazwyczaj bywa w tych modelach”, a potem okazuje się, że to był zwykły bezpiecznik za dwa złote, to nie nazywasz go ekspertem. Nazywasz go gościem, który zgaduje. A tutaj mamy całą naukę, która mówi: „Pasuje do papierów, więc to jest to”.

Słucham tych wszystkich wyjaśnień i mam wrażenie, że ludzie powtarzają wnioski, których sami nie potrafią uzasadnić bez patrzenia w notatki kogoś innego. To jest takie ślepe podążanie za autorytetem. „Skoro w kronice tak stoi, to tak musi być”. A ja wam powiem, że w życiu najwięcej błędów popełnia się wtedy, kiedy jest się absolutnie pewnym swojej racji, nie mając na to żadnego twardego dowodu, tylko „zgodność z opisem”.

Może to być Sac Balam? Może. Ale ta pewność, z jaką to jest komunikowane, jest dla mnie po prostu śmieszna. To wygląda tak, jakbyśmy próbowali złożyć puzzle, ale zamiast patrzeć na obrazek, patrzymy na instrukcję napisaną przez kogoś, kto te puzzle celowo pomieszał. I teraz każdy, kto mówi, że to może być zupełnie inne, nieopisane osiedle, jest traktowany jak ktoś, kto nie rozumie „oczywistych faktów”.

Tylko gdzie tu są fakty? Kamień w dżungli to fakt. Zapiski Hiszpana to fakt. Ale to, że jedno wynika z drugiego, to już jest tylko wasza interpretacja i wiara w to, że stare papiery są nieomylne.

Skoro jedynym sposobem, żeby uznać to miejsce za „odkryte”, jest dopasowanie go do zapisków ludzi, którzy nienawidzili tych, co to miasto zbudowali, to powiedzcie mi: na jakiej podstawie w ogóle wierzycie, że wasza pewność w tej kwestii opiera się na czymś więcej niż na zwykłym przyzwyczajeniu do powtarzania cudzych słów?