Wielka pewność ekspertów a brutalna rzeczywistość głębin

Słuchajcie, to jest trochę jak z remontem starej chaty. Kupujesz materiały, czytasz w instrukcji, że ściana jest prosta, a potem bierzesz poziomicę i nagle okazuje się, że wszystko jedzie o pięć centymetrów w bok. I co wtedy? No, fachowiec od siedmiu boleści powie ci, że „tak ma być” albo że „to w granicach normy”. Ale ty stoisz tam, patrzysz na tę krzywą ścianę i wiesz jedno: ktoś tu kogoś robi w konia, a instrukcja była pisana przez kogoś, kto tej chaty na oczy nie widział.

No i dokładnie tak samo jest z tymi wszystkimi „ekspertami” od oceanów i tym ich słynnym rekinem goblinem.

Słucham tych wszystkich mądrych opowieści o tym, gdzie ten rekin mieszka, jak poluje i w jakiej dokładnie głębokości czuje się najlepiej. Przez lata wmawiali nam, że to jest gatunek z bardzo konkretną „niszą”, że ma ściśle określony teren i że wiemy o nim wszystko, bo przecież wyłowili kilka sztuk w sieciach rybaków. No i wszyscy w to uwierzyli. Naukowcy napisali w książkach, że tak jest, a reszta świata przytaknęła, bo przecież „nauka tak mówi”.

A teraz nagle, niespodzianka! Okazuje się, że ten rekin pływa sobie prawie 700 metrów głębiej niż „powinien”. Siedemset metrów! To nie jest jakaś tam pomyłka o centymetr czy dwa. To jest przepaść. I co teraz? Zamiast powiedzieć: „Kurczę, nie mieliśmy pojęcia, co robimy”, słyszę, że to pewnie tylko „brzeg obszaru występowania” albo że rekin jest „bardziej adaptowalny”.

No nie, panowie, nie dajcie się nabrać na ten bełkot. To jest klasyczne łatanie dziur w teorii, która zaczyna przeciekać.

Zastanówcie się nad tym na chłopski rozum. Jak to jest, że przez dekady badacie coś, tworzycie modele, piszecie opracowania, a potem okazuje się, że podstawowy fakt – gdzie to zwierzę w ogóle żyje – był po prostu błędny? To tak, jakbyś przez dwadzieścia lat twierdził, że twój sąsiad mieszka w bloku obok, a potem nagle odkrył, że on od zawsze mieszkał w innym mieście, tylko czasem wpadał na kawę.

I teraz najciekawsze. Zauważyliście, z jaką pewnością siebie ludzie powtarzają te „fakty”? Czytasz artykuł i tam jest napisane: „Rekin goblin jest wyspecjalizowanym drapieżnikiem głębinowym”. Kropka. Żadnego „prawdopodobnie”, żadnego „z tego co wiemy z trzech martwych okazów”. Pewność absolutna. A potem przychodzi jeden filmik z głębin, jedna obserwacja na żywo i cały ten domek z kart się sypie.

Ja nie jestem biologiem, nie mam doktoratu z ryb, ale mam oczy i doświadczenie w życiu. Wiem, że jak ktoś mówi „to jest fakt”, a potem okazuje się, że ten fakt był wyssany z palca albo oparty na błędnych założeniach, to znaczy, że ta cała pewność była tylko maską dla niewiedzy.

Zaczynam mieć wrażenie, że cała ta wiedza o głębinach to jest jedna wielka zgadywanka. Budują modele na podstawie tego, co im wpadło w sieć, a potem udają, że znają cały ekosystem. To jest tak, jakbyś oceniał całe miasto, wchodząc tylko do jednego sklepu spożywczego i rozmawiając z jednym sprzedawcą, a potem twierdził, że wiesz, jak żyją wszyscy mieszkańcy.

Najbardziej bawi mnie to, jak szybko szukają usprawiedliwień. „Adaptacja”, „rozszerzony zasięg”. No tak, bo przecież nie mogą przyznać, że ich definicja tego gatunku była po prostu do kitu. Że narzędzia, których używali, były za słabe, a wnioski wyciągnięte zbyt pochopnie. Ale nie, oni wolą nagiąć rzeczywistość do swojej teorii, niż przyznać, że ich „pewność” była warta tyle, co zeszłoroczny śnieg.

Ludzie tak bardzo chcą mieć gotowe odpowiedzi. Kochają te sztywne ramy, te definicje, te „ustalone fakty”. Bo to daje im poczucie bezpieczeństwa. Ale prawda jest taka, że większość z nas tylko powtarza zdania, których nie potrafi wyjaśnić. Kto z was potrafi mi teraz wyłożyć, dlaczego ta „specjalistyczna nisza” rekina goblina jest tak pewna, skoro on po prostu pływa tam, gdzie ma ochotę, zupełnie ignorując wszystkie wasze podręczniki?

Siedemset metrów różnicy. To nie jest błąd statystyczny. To jest dowód na to, że ktoś tu bardzo chciał być pewny siebie, nie mając ku temu żadnych podstaw. I teraz pewnie ktoś wyskoczy z argumentem, że „przecież to tylko jeden gatunek”, że „nauka tak działa”. No tak, nauka działa tak, że najpierw coś ogłasza jako pewnik, a potem, jak ich przyłapią na błędzie, mówi, że to „ciekawa anomalia”.

Szkoda tylko, że nikt nie mówi głośno, jak wiele z tych „pewników” to po prostu wygodne założenia, bo łatwiej jest coś założyć, niż przyznać, że nie mamy pojęcia, co dzieje się w ciemnościach pod wodą.

Skoro tak prosta rzecz jak miejsce życia jednego gatunku ryby potrafi być przez lata kompletnie pomylona, to z jakiej pychy w ogóle wierzycie, że cokolwiek, co wam mówią o głębinach, jest naprawdę ustalone?