Złudzenie stabilności czyli dlaczego nauka czasem przypomina remont z dykty
Słuchajcie, to jest dokładnie tak jak z tymi „ekspertami” od remontów, co to przychodzą, patrzą na ścianę i z pełnym przekonaniem mówią, że fundamenty są zdrowe, a potem okazuje się, że w piwnicy stoi woda, bo nikt nie zadał sobie trudu, żeby zajrzeć głębiej. Człowiek ma w głowie obraz, że coś jest stabilne, i nagle rzeczywistość mówi mu prosto w twarz: „Guzik prawda”.
Ostatnio wpadło mi w ręce coś o tym, co się dzieje u nas pod stopami. No wiecie, to żelazo w płynnym stanie, ten cały zewnętrzny rdzeń Ziemi. Przez lata nam wmawiano – i w książkach, i w tych wszystkich mądrych programach – że to jest taki wielki, stabilny silnik. Że to płynie sobie spokojnie w jedną stronę, tworzy pole magnetyczne i wszystko jest przewidywalne w skali milionów lat. No, obrazek idealny. Solidna konstrukcja, wszystko pod kontrolą, można spać spokojnie.
I nagle bum. Okazuje się, że w rejonie Pacyfiku jakaś potężna rzeka tego płynnego żelaza stwierdziła, że ma dość płynięcia na zachód i w ciągu zaledwie dziesięciu lat – podkreślam, dziesięciu, co w skali planety jest mrugnięciem oka – zawróciła i zaczęła walić na wschód. I to z taką siłą, że aż widać.
No i teraz zaczyna się najciekawsza część. Zamiast powiedzieć: „Kurczę, nie mamy pojęcia, co tam się naprawdę dzieje”, zaczynają się pojawiać te wszystkie tłumaczenia. Jeden mówi, że to „tymczasowa fluktuacja”, drugi, że „oscylacja”, a trzeci, że to „nowa równowaga”. Słowa brzmią mądrze, ale dla mnie to brzmi jak próba łatania dziury w płocie kawałkiem sznurka, żeby tylko nie przyznać, że cały płot może być z dykty.
Zastanówcie się nad tym. To jest jak z samochodem. Jeśli mechanik mówi ci, że silnik jest niezniszczalny i pracuje stabilnie, a potem nagle w ciągu tygodnia zaczynaś mieć awarie, których nikt nie potrafi wyjaśnić, to nie mówisz, że to „tymczasowa fluktuacja”. Mówisz, że mechanik nie ma pojęcia, co jest w środku, a jego pewność siebie była po prostu przesadzona.
Przecież to jest absurdalne. Przez lata budowano modele, pisano teorie o tym, jak ten rdzeń działa, jak on jest „powolny” i „przewidywalny”. A tu nagle okazuje się, że coś tak wielkiego może zmienić kierunek w dekadę. To tak, jakbyś myślał, że mieszkasz w domu z betonu, a nagle odkrył, że jedna ze ścian jest zrobiona z galarety i zaczyna się przesuwać w drugą stronę.
Najbardziej bawi mnie ta pewność, z jaką ludzie powtarzają te „ustalone fakty”. Słuchasz kogoś, kto z absolutną pewnością mówi ci, jak działa pole magnetyczne Ziemi, a potem okazuje się, że fundament tego całego systemu – ten przepływ żelaza – potrafi zrobić taki zwrot, że wszystkie dotychczasowe obliczenia lądują w koszu. I co wtedy? Szybko wymyśla się nową nazwę dla tego zjawiska i udaje, że wszystko nadal jest pod kontrolą.
Dla mnie to wygląda tak: mamy jakąś wiedzę, mamy jakieś dane, ale ta pewność, z jaką nam się to sprzedaje, jest kompletnie nieadekwatna do rzeczywistości. Bo jeśli coś tak fundamentalnego jak ruchy w jądrze Ziemi może być tak nieprzewidywalne i gwałtowne, to znaczy, że cała ta nasza „stabilność” to może być tylko złudzenie wynikające z tego, że po prostu nie mieliśmy wystarczająco dobrych narzędzi, żeby zobaczyć, jaki tam panuje chaos.
Ludzie uwielbiają powtarzać wnioski, których sami nie potrafią wyjaśnić. „To jest stabilne”, „To jest przewidywalne”. A potem przychodzi jeden pomiar z Pacyfiku i nagle okazuje się, że ta cała stabilność to była tylko kwestia braku danych. To jest dokładnie to samo, co słyszę od ludzi, którzy twierdzą, że wiedzą, jak skończy się dany projekt w pracy, mimo że nie mają pojęcia, co się dzieje na budowie.
Nie mówię, że te modele są złe. Pewnie są rozsądne na papierze. Ale ta religijna niemal pewność, z jaką traktuje się te wyjaśnienia, jest po prostu śmieszna. Jeśli rzeka płynnego żelaza 2000 kilometrów pod nami może zmienić zdanie w dziesięć lat, to znaczy, że nasze wyobrażenie o „bezpiecznej tarczy” planety jest co najmniej bardzo naciągane.
Więc tak siedzę i myślę: ile jeszcze takich „stabilnych” rzeczy w naturze zostanie obalonych przez jeden przypadkowy pomiar, który nie pasuje do teorii? I dlaczego tak bardzo boimy się przyznać, że w wielu kwestiach po prostu błądzimy po omacku, udając, że mamy mapę?
Skoro coś tak ogromnego jak rdzeń Ziemi potrafi zmienić kierunek w tak krótkim czasie, to z czego właściwie bierze się ta wasza niezachwiana pewność, że obecne modele stabilności planety są czymś więcej niż tylko wygodnym domysłem?