Koniec z uniwersalnymi dietami i kultem fasoli

Słuchajcie, to jest fascynujące, jak bardzo niektórzy z nas lubią wierzyć w „prawdę objawioną”, kiedy ktoś im ją poda na tacy w ładnym opakowaniu. Weźmy takie nieszczęsne fasolki i strączki. Teraz nagle wszyscy – od każdego dietetyka z Instagrama po każdego „eksperta” w telewizji – mówią nam jednym głosem: jedzcie fasolę, jedzcie ciecierzycę, jedzcie soczewicę. To ma być taki magiczny lek na wszystko. Błonnik, serce, metabolizm, ratowanie planety. No, po prostu cudowny produkt, który każdy z nas powinien mieć na talerzu codziennie.

No i teraz ja wchodzę w to ze swoim zdrowym rozsądkiem i zaczynam drapać się po głowie. Bo przecież życie tak nie działa.

Znasz to uczucie, kiedy kupujesz nową wiertarkę, bo w reklamie mówili, że „przebije każdą ścianę”, a potem próbujesz nią przejść przez kawałek starego betonu w piwnicy i nagle okazuje się, że sprzęt dymi, a ściana stoi nieugięta? No właśnie. Z tymi „uniwersalnymi” zaleceniami jest dokładnie tak samo.

Słucham tych wszystkich mądrych głów i widzę pewną dziwną sprzeczność. Z jednej strony cały ten nowoczesny nurt mówi nam, że każdy z nas jest inny, że dieta musi być „indywidualna”, że organizmy reagują różnie. No, super, zgadzam się. Ale potem, w tym samym zdaniu, dostajemy instrukcję: „ale fasolę jedzcie wszyscy, bez wyjątku, bo statystyki mówią, że brakuje nam błonnika”.

Zaraz, zaraz. Gdzie tu jest logika?

Jeśli coś jest tak bardzo „indywidualne”, to skąd bierze się ta nagła, niemal religijna pewność, że jeden konkretny produkt ma pasować do każdego z nas? Przecież jest masa ludzi, którzy po tych wszystkich „zdrowych” strączkach czują się, jakby w brzuchu urządzili im się robotnicy budowlani podczas przerwy obiadowej. Dla jednego to jest „lekkie wzdymające uczucie”, a dla innego to jest po prostu dramat i walka o przetrwanie przez kolejne kilka godzin.

I co wtedy słyszymy? Że „to tylko przejściowe”, że „organizm musi się przyzwyczaić”, albo że „ogólne korzyści dla serca są ważniejsze niż chwilowy dyskomfort”. No litości. Kto to wymyślił? Kiedyś, jak coś nam nie pasowało do organizmu, to po prostu przestawaliśmy to jeść. Teraz mamy ekspertów, którzy wmawiają nam, że nasze własne ciało się myli, a statystyka z tabelki ma rację.

To jest dla mnie nie do przejścia. To jest ta sama pewność siebie, którą widzę u ludzi, którzy próbują mi tłumaczyć, jak mam naprawić samochód, mimo że nigdy nie trzymali klucza w ręku, bo przecież „przeczytali w instrukcji, że tak powinno być”.

Zastanawia mnie jedna rzecz. Dlaczego ci wszyscy specjaliści są tak niesamowicie pewni swojej racji w kwestii strączków? Przecież to jest nielogiczne. Jeśli jedna grupa ludzi czuje się po tym fatalnie, a druga świetnie, to znaczy, że ta „uniwersalna” zasada jest dziurawa jak stary durszlak. Ale nie, oni nie mogą przyznać, że sprawa jest bardziej skomplikowana. Muszą mieć jedną, prostą odpowiedź dla wszystkich. Bo prosta odpowiedź najlepiej się sprzedaje.

Mam wrażenie, że większość z nas po prostu bezmyślnie powtarza te hasła. „Błonnik jest zdrowy, jedz fasolę”. Ktoś to powiedział, ktoś inny to powtórzył, a my teraz traktujemy to jak dogmat. A jak ktoś powie, że u niego to nie działa, to zostaje uznany za „wyjątek od reguły” albo kogoś, kto po prostu nie umie tego odpowiednio przygotować.

No właśnie. To jest ten moment, w którym zaczynam się zastanawiać, czy ta cała pewność, z jaką nam to serwują, nie jest po prostu maską dla braku prawdziwych odpowiedzi. Bo przecież jeśli nie wiedzą dokładnie, dlaczego jeden organizm to przyjmie, a drugi odrzuci, to znaczy, że nie mają pełnego obrazu. Ale zamiast powiedzieć „nie wiemy”, wolą powiedzieć „jedzcie to wszyscy, bo tak mówią badania”.

Słucham tego i myślę sobie: skoro reakcja biologiczna jest tak różna, to jakim cudem można w ogóle mówić o „uniwersalnym rozwiązaniu”? To brzmi jak próba wciśnięcia kwadratowego kołka do okrągłej dziury. I co najciekawsze, większość ludzi w to wierzy bez mrugnięcia okiem. Są tak pewni tych wytycznych, że nawet nie zastanawiają się, czy to w ogóle ma sens w starciu z rzeczywistością.

Skoro reakcja organizmu na ten konkretny produkt jest tak skrajnie różna u różnych ludzi, to na jakiej podstawie jesteście tak absolutnie pewni, że jedna jedyna potrawa może być zdrowym rozwiązaniem dla każdego z nas?