Powiedziałem żonie, że nie oddam już każdej soboty jej rodzinie — i od tamtej kłótni w domu jest cisza nie do wytrzymania
W sobotę rano powiedziałem żonie, że nie jadę już trzeci weekend z rzędu do jej matki składać mebli, myć okien i jeszcze wieźć jej brata po części do auta, bo ja też mam swój dom i swoje rzeczy do ogarnięcia. I od tego się zaczęło.
Usłyszałem od razu: „Czyli moja rodzina ci przeszkadza?”.
Powiedziałem, że nie przeszkadza. Ale wszystko ma swoje granice. Ja od pół roku praktycznie każdą wolną sobotę albo coś u nich naprawiam, albo gdzieś ich wożę, albo załatwiam coś, bo „ty się znasz”, „ty masz auto”, „tobie to szybciej pójdzie”.
I tak: raz zawiozłem teściową do poradni w drugim końcu miasta, bo szwagier był „zawalony robotą”. Innym razem cały dzień siedziałem u nich i wymieniałem spłuczkę, gniazdka i jeszcze skręcałem szafkę z Castoramy, bo dostawa przyjechała i „nie ma komu”. Na święta pojechałem po karpia, potem jeszcze po wujka z dworca. W ferie wiozłem chrześniaka żony na treningi, bo siostrze coś wypadło. Niby każda rzecz osobno drobna. Ale jak człowiek podliczy paliwo, czas, swoje nerwy i to, że u siebie w mieszkaniu półka w przedpokoju od trzech miesięcy leży nieprzykręcona, to trochę inaczej to wygląda.
Ja pracuję normalnie, 8-10 godzin dziennie, magazyn i logistyka, nieraz wracam po 18. Rata za mieszkanie, leasing za auto, opłaty, zakupy — wszystko liczę. Nie jestem jakimś sknerą, tylko wiem, że weekend to nie jest worek bez dna. Trzeba zrobić zakupy, ogarnąć łazienkę, wymienić opony, pojechać z synem na basen, czasem zwyczajnie usiąść. A u nas od dawna było tak, że jak dzwoniła jej matka, to wszystko inne się przesuwało.
Żona mówi, że rodzina sobie pomaga i że kiedyś my też możemy potrzebować pomocy. Zgoda. Tylko ja jej powiedziałem wprost: „Pomoc to jest raz, drugi, w nagłej sprawie. A nie stały dyżur techniczno-transportowy”.
Ona się obraziła. Powiedziała, że przesadzam, bo przecież nikt mnie do niczego nie zmusza. To jej przypomniałem kilka sytuacji.
Na przykład dwa miesiące temu. Miałem umówionego hydraulika do nas, bo pod wanną ciekło. Termin załatwiałem trzy tygodnie. W piątek wieczorem telefon od teściowej, że trzeba rano zawieźć ją na badania na 7:30, bo brat żony jednak nie może. Powiedziałem, że mam hydraulika. A żona na to: „To przełóż, mama ma termin na NFZ, tego się nie da przesunąć”. Przełożyłem. Hydraulik przyszedł dopiero po 10 dniach, przez ten czas podstawialiśmy miskę i ręczniki.
Albo w majówkę. Chciałem pojechać z synem pod namiot, choćby na jedną noc, nad Zegrze. Już wszystko kupione, kiełbasa, węgiel, mały się cieszył cały tydzień. Rano telefon, że u siostry żony pralka padła i czy podjadę zobaczyć, bo „może to tylko filtr”. Skończyło się tak, że pół dnia zszedł mi dojazd, rozbieranie, jeżdżenie do Media Expert po część, a wyjazd odpuściliśmy, bo zrobiła się 16 i lało. Mały nic nie powiedział, ale widziałem minę.
W sobotę powiedziałem więc spokojnie: „Od dziś, jak coś jest planowane, to nie zakładamy z góry, że ja pojadę. Jak mogę, to pomogę. Jak nie mogę, to nie”. Dla mnie uczciwie.
Tylko że dla żony to zabrzmiało jak wypowiedzenie lojalności. Zaczęła płakać i mówić, że zawsze mam problem z jej rodziną, że przy mojej matce taki nie jestem. To akurat nie do końca prawda, bo mojej matce też nieraz odmówiłem, tylko ona po jednym „nie dam rady” mówi „dobra, poradzę sobie” i tyle. A tu potem są fochy, cisza, teksty typu „już nie będziemy wam przeszkadzać”.
Najgorsze było w niedzielę przy obiedzie u teściowej, bo jednak pojechaliśmy, tylko już własnym autem i po swojemu. Szwagier rzucił przy stole: „No, słyszałem, że teraz grafik do pana trzeba wysyłać miesiąc wcześniej”. Niby żart, ale wiadomo. Teściowa westchnęła i powiedziała: „Kiedyś ludzie byli bardziej dla siebie”.
Powiedziałem wtedy, może za ostro: „Kiedyś to też jeden człowiek nie robił za pół rodziny”. Cisza taka, że tylko rosół było słychać.
Od tamtej pory żona się odsunęła. Nie krzyczy, nie robi awantur, ale jest chłodna. Wszystko załatwia sama, nawet jakby na pokaz. Wczoraj zamówiła fachowca do lampy, która od tygodnia migała, choć normalnie by mnie poprosiła. I powiem szczerze — zabolało mnie to bardziej niż ta kłótnia. Bo ja nie chciałem się wypisać z rodziny. Chciałem tylko przestać być potrzebny wyłącznie wtedy, kiedy trzeba coś wnieść, zawieźć, zapłacić albo naprawić.
Z drugiej strony wiem, że ona pewnie to odbiera inaczej. Dla niej pomoc to jest język bliskości. Jak odmawiam, to jakbym odmawiał też jej.
Tylko gdzie w tym wszystkim jest miejsce na to, żebym ja też miał trochę decydowania o swoim czasie i nie czuł się winny za każdym razem, gdy mówię „nie dam rady”?
Naprawdę pytam — da się postawić granicę tak, żeby nie wyszło, że człowiek odwraca się od rodziny?