Kiedy powiedziałem, że nasz sąsiad jest niebezpieczny, rodzina i wspólnota wolały „święty spokój” niż stanąć po mojej stronie
„Przestań już, przecież nic się jeszcze nie stało” – to usłyszałem od żony, kiedy powiedziałem, że nie chcę, żeby nasza córka sama schodziła po zmroku do sklepu na dół. A ja dzień wcześniej widziałem, jak nasz sąsiad z parteru znowu stał pod klatką pijany, darł się do jakiegoś chłopaka i kopał w drzwi od rowerowni.
Nie piszę tego, żeby zrobić sensację. Po prostu do dziś się zastanawiam, czy w dzisiejszych czasach naprawdę bardziej opłaca się udawać, że problemu nie ma, byle wszyscy mieli spokój.
Mieszkamy w zwykłym bloku pod Radomiem, żadnym luksusie. Kredyt, czynsz, dzieci, robota, życie jak u wielu. Ja pracuję na utrzymaniu ruchu w zakładzie, zmiany różne, człowiek nieraz wraca po 22. Żona pracuje w aptece. Nie mamy życia z serialu, tylko normalne: zakupy w Biedronce, rata za auto, szkoła, czasem grill u teściów.
Ten sąsiad kiedyś był całkiem normalny. Mówił „dzień dobry”, nawet raz mi pomógł odpalić auto zimą. Ale od jakiegoś czasu się posypał. Alkohol, jacyś dziwni ludzie pod klatką, nocne awantury. Raz o 1 w nocy tłukł pięścią w drzwi swojej matki, bo nie chciała go wpuścić. Innym razem leżał na półpiętrze i śmierdział tak, że dzieci nosy zatykały.
Na początku wszyscy tylko gadali między sobą. Pod sklepem, na parkingu, na grupie osiedlowej. „Trzeba coś zrobić”, „to już przesada”, „a jak się komuś dobierze?”. Ale jak przyszło co do czego, to każdy nagle cicho.
Ja zgłosiłem sprawę do administracji, potem na dzielnicowego. Nie od razu z wielką wojną, normalnie. Że są zakłócenia ciszy, że dzieci się boją, że obcy kręcą się po klatce. Myślałem, że od tego są procedury. I wtedy się zaczęło.
Najpierw jego matka przyszła do mnie. Starsza kobieta, ręce jej się trzęsły. Mówi: „Panie, ja wiem, że on ma problem, ale jak pan będzie policję wzywał, to go tylko bardziej nakręcicie. On nie jest zły, tylko pogubiony”. I ja to rozumiem, serio. Tylko co ja miałem jej odpowiedzieć? Że dobra, to poczekamy, aż komuś zrobi krzywdę?
Potem na zebraniu wspólnoty kilka osób miało do mnie pretensje. Nie wprost, ale wiadomo o co chodziło. „Po co robić kwasy”, „wszyscy tu mieszkamy”, „jeszcze się zemści”, „może trzeba po ludzku”. Po ludzku? Ja przez dwa miesiące po pracy schodziłem po córkę na przystanek, chociaż ma 14 lat i wcześniej sama dawała radę. Synowi zabroniłem wynosić śmieci wieczorem. Założyłem kamerę na wizjer i dodatkowy zamek za 420 zł, bo po nocach ktoś nam smarował klamkę błotem i pluł pod drzwi. Niby przypadek.
Żona miała do mnie żal. Mówiła: „Chciałeś dobrze, a teraz wszyscy patrzą na nas jak na donosicieli”. I tu mnie to ukuło, bo ja naprawdę nie robiłem tego złośliwie. Ja opłacam to mieszkanie, remontowałem je własnymi rękami po pracy, kafelki w łazience sam kładłem, kuchnię składałem po nocach. Mam chyba prawo wymagać, żeby moje dzieci czuły się bezpiecznie we własnym domu.
Najgorsze było to, że nawet mój brat powiedział, żebym odpuścił. Siedzieliśmy u mamy przy rosole w niedzielę i on rzucił: „Ty zawsze musisz być ten porządny. Czasem lepiej zamknąć mordę i żyć”. Może i brutalnie, ale chyba tak myśli większość. Byle nie ruszać, byle nie być pierwszym.
Potem była sytuacja, po której już nie umiałem wrócić do „świętego spokoju”. Wracałem z drugiej zmiany i zobaczyłem pod klatką córkę sąsiadki z 3 piętra. Stała jak wryta, bo ten facet chodził w kółko i coś do siebie gadał, a jak mnie zobaczył, to zaczął krzyczeć, że „wszyscy go sprzedali”. Dziewczyna miała może 16 lat. Odprowadziłem ją pod same drzwi, a on za mną pluł i wyzywał.
Następnego dnia napisałem oficjalne pismo do wspólnoty i jeszcze raz zadzwoniłem na policję. Wtedy kilka osób z klatki przestało mi mówić „dzień dobry”. Serio. Jakbym to ja był problemem. Jakby ważniejsze było, żeby na ławce przed blokiem dalej można było siedzieć bez niezręczności, niż żeby ktoś w końcu postawił granicę.
Tylko że ja też widzę drugą stronę. Ludzie się boją. Ta jego matka pewnie codziennie żyje w stresie. Policja przyjedzie, odjedzie, a my zostajemy w jednym bloku. Nikt nie chce wojny za ścianą. Każdy ma swoje dzieci, kredyty, robotę od 6 rano. Rozumiem to bardziej, niż oni myślą.
Ale dalej nie umiem przyjąć, że dla „spokoju” mamy udawać, że wszystko jest okej. Że dopóki nie poleje się krew, to najlepiej milczeć. Od tego czasu w domu jest chłodniej. Żona mówi, że przesadziłem, bo teraz żyjemy w jeszcze większym napięciu. Ja mówię, że napięcie było już wcześniej, tylko wygodniej było go nie nazywać.
I tak się kręci. Formalnie coś tam ruszyło, były jakieś rozmowy, podobno ma mieć leczenie, ale on dalej czasem siedzi pod klatką i patrzy. A ja dalej odruchowo wyglądam przez wizjer, zanim otworzę drzwi własnego mieszkania.
Powiedzcie sami: naprawdę lepiej trzymać cicho dla świętego spokoju, czy jednak człowiek ma obowiązek reagować, nawet jeśli potem zostaje z tym praktycznie sam?