Dlaczego wyniki badań w normie to czasem tylko złudzenie?

Słuchajcie, to jest dokładnie tak samo jak z remontem starego domu. Przychodzi fachowiec, rzuca okiem na ścianę i mówi: „Panie, tu jest wilgoć, trzeba pomalować specjalną farbą i będzie załatwione”. Malujesz, wygląda ładnie, cieszysz się, że problem z głowy. A po dwóch latach tynk odpada płatami, bo okazało się, że rura pękła metr pod ziemią, a on patrzył tylko na powierzchnię. I ten sam fachowiec znowu mówi z pełnym przekonaniem, że „przecież farba była najlepsza na rynku”. No i człowiek stoi w tej wodzie i zastanawia się, skąd ta pewność siebie.

Dokładnie tak samo czuję się, kiedy słucham o tym całym cholesterolu. Od lat wciskają nam do głów jedną, prostą bajeczkę: LDL to ten „zły”, HDL to ten „dobry”. Koniec historii. Proste jak konstrukcja cepa. Idziesz na badania, lekarz patrzy w papiery i mówi: „LDL w normie, może pan spać spokojnie”. I nagle człowiek czuje się bezpieczny, bo cyferka w tabelce się zgadza. Prawie każdy z nas to słyszał albo sam w to wierzy. To jest ten „złoty standard”, prawda?

Ale teraz zacznijmy myśleć trochę bardziej praktycznie. Bo coś mi tu śmierdzi.

Słyszę ostatnio o czymś takim jak „cholesterol remanentowy”. Brzmi mądrze, pewnie ktoś z dyplomem wam to wytłumaczy, ale dla mnie to brzmi jak ta pęknięta rura pod ziemią. Podobno te cząsteczki są większe, niosą więcej syfu i są znacznie groźniejsze niż ten cały LDL, którym wszyscy się tak ekscytują. I teraz najlepsze: w standardowych badaniach, tych, które każdy z nas robi raz w roku, nikt tego zazwyczaj nie mierzy. Po prostu.

Wyobraźcie sobie taką sytuację: gość dba o siebie, bierze tabletki, zbił LDL do poziomu, który lekarz nazywa „bezpiecznym”. Jest przekonany, że jest chroniony. A w tym czasie w jego żyłach pływa ten cały remanent, którego nikt nie sprawdził, bo przecież „LDL jest w normie”. I taki człowiek, z idealnymi wynikami w papierach, nagle ląduje na oddziale z zawałem albo udarem. No i co wtedy? Gdzie była ta „bezpieczna norma”?

To mnie w tym wszystkim najbardziej irytuje. Ta niesamowita, niemal religijna pewność, z jaką powtarza się te schematy. „LDL jest kluczowy”, „obniżamy LDL i jesteśmy bezpieczni”. A przecież to jest tylko jedna część układanki. To tak, jakbyśmy sprawdzali ciśnienie w oponach, ale zapomnieli sprawdzić, czy w ogóle mamy koła.

Co więcej, dowiaduję się, że ten cały remanent ma ogromny związek z cukrem i tłuszczem w brzuchu. I tu dochodzimy do momentu, w którym logika zaczyna kuleć. Możesz mieć wagę w normie, możesz nie wyglądać na grubasa, a Twoje tętnice i tak mogą zapychać się czymś, czego standardowy test nawet nie szuka. Czyli w praktyce: możesz być „zdrowy” według papierów, a w rzeczywistości być tykającą bombą.

I teraz pytanie do tych wszystkich ludzi, którzy są absolutnie pewni, że medycyna ma to wszystko opanowane. Jak to możliwe, że przez dekady skupiamy się na jednym wskaźniku, podczas gdy istnieje coś, co może być znacznie bardziej agresywne, a co jest całkowicie ignorowane w rutynowych badaniach?

Nie mówię, że LDL nie jest ważny. Pewnie jest. Ale ta pewność, z jaką mówi się nam, że „wyniki są w normie, więc wszystko jest w porządku”, wydaje mi się po prostu naiwna. To jest ta sama pewność, z jaką mechanik mówi, że auto jest sprawne, bo „silnik odpala”, ignorując fakt, że hamulce ledwo trzymają.

Wielu z was pewnie teraz myśli: „On nie jest lekarzem, nie rozumie biologii, to nie tak działa”. I pewnie zaraz ktoś mi napisze długi wywód o tym, dlaczego LDL jest najważniejszy. Ale zastanówcie się – czy naprawdę rozumiecie, jak to działa, czy po prostu powtarzacie to, co napisali w broszurze w przychodni? Bo ja mam wrażenie, że większość z nas po prostu ufa autorytetom, żeby nie musieć myśleć o tym, że ta „bezpieczna norma” może być zwykłym złudzeniem.

Skoro standardowe leki i badania skupiają się głównie na LDL, a istnieje coś takiego jak cholesterol remanentowy, który potrafi być zabójczy nawet przy niskim LDL, to na jakiej podstawie jesteście tak pewni, że wasze aktualne wyniki badań faktycznie gwarantują wam zdrowie?