Czy nasze oczy to naprawdę szczyt ewolucji czy tylko biologiczna prowizorka
Słuchajcie, zastanawiałem się ostatnio nad jedną rzeczą i im bardziej o tym myślę, tym bardziej widzę, że próbujecie nam wcisnąć bajkę o tym, jak to wszystko „oczywiście” działa. Chodzi o nasze oczy. No, wiecie, te dwa szkiełka w głowie, dzięki którym widzicie teraz ten tekst.
Wszyscy słyszeliśmy tę samą śpiewkę: ewolucja to taka długa, prosta droga od czegoś prostego do czegoś skomplikowanego. Mała zmiana tutaj, mała tam i cyk – mamy wzrok, który pozwala nam przetrwać, nawigować i nie wpaść do rowu. Brzmi logicznie, prawda? Takie uporządkowane, jak instrukcja montażu szafki z Ikei. Ale jak się w to wgryźć, to ta cała „logika” zaczyna trzeszczeć w szwach.
Bo patrzcie: w świecie zwierząt jest pewien standard. Większość gatunków ma to wszystko poukładane w konkretny sposób. A potem przychodzą kręgowce – czyli my i reszta towarzystwa – i nagle okazuje się, że mamy w oku wszystko… na odwrót. Fotoreceptory są odwrócone. To tak, jakbyś budował dom i w całym mieście wszyscy kładli dach na górze, a ty postanowiłbyś postawić swój dom do góry nogami, twierdząc, że to „wyższa forma architektury”. No nie dodaje to do siebie. Gdzie tu jest ten mityczny, płynny postęp?
Słucham tych wszystkich pewnych siebie wyjaśnień i zastanawiam się, czy ludzie naprawdę w to wierzą, czy po prostu powtarzają formułki, których sami do końca nie rozumieją. Bo pojawiają się teraz takie teorie, że nasi przodkowie w pewnym momencie po prostu… stracili wzrok. Że zakopali się w jakimś błocie, oślepli i musieli wymyślić widzenie od nowa.
Wyobraźcie sobie to w praktyce. To tak, jakbyś miał w garażu sprawnego diesla, który dowozi cię do pracy przez lata, a potem nagle go wyrzucił na złom, żeby po dekadzie próbować zbudować silnik elektryczny z części od starej pralki i blendera. I to ma być ten „mistrzowski plan” natury? Że najpierw wyrzucasz coś, co działa, a potem budujesz „ulepszoną” wersję z czegoś, co pierwotnie służyło do czegoś zupełnie innego – z jakiegoś tam prymitywnego czujnika, który dziś jest tylko szyszynką?
To jest jakiś absurd. Mówi się nam, że siatkówka to szczyt inżynierii, a z tej teorii wynika, że ona mogła istnieć, zanim w ogóle istniało oko w formie, jaką znamy. To tak, jakbyś najpierw kupił opony do traktora, a potem przez pięć lat zastanawiał się, jak zbudować do nich resztę maszyny.
Najbardziej bawi mnie jednak ta pewność, z jaką niektórzy o tym mówią. „To klasyczny przykład adaptacji”, „to wąskie gardło ewolucyjne”. Piękne słówka. Ale jak zapytasz kogoś, żeby wyjaśnił to na chłopski rozum, bez używania mądrych terminów, to nagle zaczyna się kręcenie. Bo prawda jest taka, że ta cała „liniowa droga” do doskonałości to często tylko ładna opowieść, którą dopasowujemy do faktów, kiedy już je odkryjemy. Najpierw widzimy dziwny układ w oku, a potem wymyślamy teorię, która ma sprawić, żeby ten dziwny układ wyglądał na planowy.
Mam wrażenie, że wielu z nas po prostu bezkrytycznie przyjmuje te wyjaśnienia, bo tak jest wygodniej. Bo tak napisali w podręcznikach. Ale ja tam wolę ufać zdrowemu rozsądkowi. Jeśli coś wygląda jak prowizorka, jak jakiś biologiczny „obejście” problemu, to prawdopodobnie tak właśnie jest. A nie jak genialny projekt, który od początku wiedział, dokąd zmierza.
Siedzimy w tym przekonaniu, że skoro mamy tak zaawansowany wzrok, to znaczy, że droga do niego była prosta i logiczna. A co, jeśli nasze oczy to nie jest żaden „szczyt ewolucji”, tylko po prostu efekt tego, że coś poszło bardzo nie tak i natura musiała to jakoś łatać na szybko, żebyśmy nie byli całkowicie ślepi?
I tu dochodzimy do sedna. Jeśli nasze oczy to tak naprawdę przerobione pozostałości po jakimś prymitywnym „trzecim oku”, to cała ta nasza pewność w mapowaniu historii życia na podstawie tego, co mamy w organizmie, staje się bardzo wątpliwa. Budujemy wielkie teorie na fundamentach, które mogą być po prostu serią przypadkowych błędów i napraw.
Słyszę te wszystkie argumenty o „nieuchronności postępu” i tylko wzruszam ramionami. Bo im więcej słucham, tym bardziej widzę, że ta pewność, z jaką opowiadacie o tym, jak powstał nasz wzrok, jest kompletnie nieadekwatna do dowodów, które mamy na stole.
Skąd właściwie bierzecie tę niezachwianą pewność, że to, co widzicie w lustrze, jest wynikiem logicznego planu, a nie biologicznym przypadkiem, który po prostu udało się jakoś posklejać?