Powiedziałem córce, że nie dam jej już ani złotówki, jeśli znowu wróci do byłego. Teraz rodzina mówi, że postawiłem ultimatum, a ja już sam nie wiem, gdzie kończy się pomoc
„To po co w ogóle jesteś moim ojcem, skoro zawsze pomagasz dopiero wtedy, kiedy ci wygodnie?”
Tak mi powiedziała własna córka przez telefon, kiedy odmówiłem jej przelewu na 1800 zł na zaległy czynsz. I nie chodziło o to, że nie miałem. Chodziło o to, że trzy tygodnie wcześniej znowu wróciła do swojego byłego.
Ja mam 48 lat, robię na utrzymaniu ruchu w magazynie pod Łodzią. Szału nie ma, ale całe życie mam jedną zasadę: jak coś biorę na klatę, to dowożę. Jak trzeba było, to po rozwodzie płaciłem alimenty co do dnia, nawet jak sam jechałem na kanapkach do roboty. Jak córce padła pralka, to pojechałem do Media Expert, wziąłem na raty i zawiozłem. Jak wnuk miał zapalenie oskrzeli, a ona nie miała z kim go zostawić, brałem urlop na żądanie. Nie gadam dużo o uczuciach, tylko robię, co trzeba.
Problem z tym jej byłym ciągnie się trzeci rok. Niby chłop pracuje, niby się stara, ale co chwilę coś. A to straci robotę, a to pożyczy od niej pieniądze, a to zniknie na dwa dni, a potem wraca z tekstem, że „miał ciężki czas”. Dwa razy już do mnie przyjeżdżała z torbami. Raz o 23, z małym śpiącym na rękach. Kto ich przyjął? Ja. Kto składał łóżeczko turystyczne po nocy? Ja. Kto rano jechał po bułki, mleko i pieluchy? Też ja.
Za pierwszym razem nic nie mówiłem. Za drugim powiedziałem wprost:
– Córcia, ja ci pomogę, ale nie będę sponsorował tego chłopa.
Ona wtedy:
– Tato, ja nie proszę dla niego, tylko dla dziecka.
I to prawda. Tylko że rachunki nie płaciły się same, a jak robiłem przelew, to wiedziałem, że za tydzień oni znowu będą razem.
W zeszłym roku dałem jej razem ponad 11 tysięcy. Nie naraz, tylko tu 500, tu 1200, tu przedszkole, tu kaucja za kawalerkę. Do tego kupiłem małemu fotelik do auta i opłaciłem dentystę, bo termin na NFZ był za cztery miesiące. Moja żona zaczęła krzywo patrzeć, i szczerze mówiąc miała prawo. Mamy jeszcze kredyt na mieszkanie, teściowa choruje, ceny takie, że człowiek dwa razy ogląda paragon w Biedronce.
Ale ja dalej pomagałem, bo to moje dziecko. Tylko że z czasem zacząłem mieć wrażenie, że telefon od niej jest tylko wtedy, jak coś się pali. Nigdy: „Tato, co u ciebie?”. Zawsze: „Masz chwilę?”, a za tym od razu problem. Auto do naprawy, zaległość, mały chory, on znowu odwalił numer. Jak przyjeżdżałem coś skręcić, naprawić albo zawieźć, to byłem dobry. Jak mówiłem: „Nie wracaj do niego, bo znowu będzie to samo”, to byłem kontrolujący.
Kulminacja była miesiąc temu. Zadzwoniła, że komornik jeszcze nie wszedł, ale spółdzielnia już straszy pismem i potrzebuje 1800 do piątku. Pytam spokojnie:
– A on tam jest?
Cisza.
– Jest czy nie?
– Tato, ale to nie o to chodzi.
– Dla mnie właśnie o to chodzi.
Powiedziałem jej wtedy, że jeśli znowu z nim mieszka, to ja pieniędzy nie dam. Mogę zabrać małego do siebie na weekend, mogę zrobić zakupy, mogę opłacić obiad w szkole, mogę kupić leki. Ale gotówki ani przelewu na mieszkanie, w którym on siedzi, nie będzie.
Rozpętało się piekło. Ona, że stawiam warunki i chcę jej układać życie. Moja była żona, że „dziecka się nie wychowuje przez księgowość”. Siostra mi powiedziała, że dla niej to wygląda, jakbym karał córkę za to, że nie umie odejść. Może i nie umie. Tylko ile razy mam podkładać własny portfel zamiast jej kręgosłupa?
Ja nie odciąłem się całkiem. Dwa dni później zawiozłem małemu buty, kurtkę i zrobiłem duże zakupy w Lidlu za 430 zł. Mleko, mięso, kaszki, środki czystości, wszystko. Zostawiłem pod drzwiami, bo nie chciała mnie wpuścić. Napisałem tylko SMS-a: „Jedzenie jest. Jak trzeba lekarza dla małego, daj znać.” Odpisała: „Nie musisz udawać dobrego ojca paczkami pod drzwiami.”
To mnie uderzyło bardziej niż niejedna awantura. Bo ja naprawdę nie udaję. Ja po prostu już nie chcę być bankomatem i pomocą drogową 24/7, kiedy cała reszta mojego bycia ojcem nikogo nie interesuje.
Z drugiej strony siedzę wieczorem w kuchni, patrzę na telefon i sam się zastanawiam, czy nie przesadziłem. Bo może ona naprawdę nie ma siły tego uciąć, a ja zamiast pomóc mądrze, postawiłem warunek akurat wtedy, kiedy tonęła. Tylko gdzie jest ta granica między pomocą a dokładaniem cegiełki do tego, że nic się nie zmienia?
Gdyby znowu zadzwoniła dziś po pieniądze, ale powiedziała, że to ostatni raz, to mam się trzymać tego, co powiedziałem, czy znowu zrobić przelew i liczyć, że tym razem coś zrozumie?