Powiedziałem rodzinie, że w tym roku nie zrobię już Wigilii u nas. Teraz słyszę, że „obraziłem się jak dziecko”, ale ja mam wrażenie, że po prostu przestałem być przez nich niewidzialny
W zeszłą niedzielę przy obiedzie siostra rzuciła jak gdyby nigdy nic: „To co, u was jak zwykle na Wigilię?”. I ja pierwszy raz od lat powiedziałem: „Nie, u nas nie”. Cisza taka, że tylko łyżka o talerz stuknęła.
Od razu było: „Ale jak to?”, „Przecież zawsze jest u was”, „Mama się przyzwyczaiła”, „Dzieci lubią”. No pewnie, że lubią. Ja też lubię, tylko że jakoś nikt nie lubi pamiętać, ile to kosztuje czasu, roboty i nerwów.
Mieszkam z żoną w szeregowcu pod Poznaniem. Nie pałac, 78 metrów, kredyt jeszcze na 14 lat. Ale ponieważ mamy największy stół i „najwygodniej dojechać”, to od ośmiu lat Wigilia, pierwszy dzień świąt, czasem jeszcze sylwester, wszystko u nas. Na początku mi to nie przeszkadzało. Człowiek myślał: rodzina, trzeba trzymać się razem. Sam skręcałem dodatkowy blat do stołu, pożyczałem krzesła od sąsiada, jechałem po karpia do Selgrosa, potem jeszcze po pieczywo, bo „zapomnieli”.
Tylko z czasem zauważyłem, że to „u was jak zwykle” znaczy w praktyce: ja biorę wolne dzień wcześniej, odkurzam garaż, żeby gdzieś upchnąć kurtki i prezenty, noszę z piwnicy choinkę, naprawiam lampki, jadę po babcię, bo brat „ma dyżur”, a potem jeszcze zmywam do północy. Żona od rana lepi uszka, robi sałatki, ogarnia dzieci, a na koniec słyszy od mojej matki, że barszcz „w zeszłym roku był bardziej domowy”.
I nie chodzi nawet o kasę, chociaż też swoje robi. W zeszłym roku sam spożywczy na dwa dni wyszedł prawie 1800 zł, bez alkoholu, bo alkohol każdy niby miał przynieść swój. Niby. Skończyło się tak, że szwagier przyjechał z jedną butelką marketowej whisky, a potem pił mój. Brat jak zwykle powiedział, że „rozliczymy się po świętach”. Do dziś się nie rozliczyliśmy.
Najgorsze jest co innego. Ja tam siedzę przy własnym stole i mam wrażenie, jakbym był obsługą. Jak coś kapie z kranu — „weź no zobacz”. Jak dzieci coś rozleją — „daj ręcznik”. Jak babcia marudzi, że jej zimno — „podkręć kaloryfer”. Nawet prezentów spokojnie nie otworzę, bo ktoś pyta, gdzie jest przedłużacz do lampek albo dokładka śledzia.
W tym roku powiedziałem spokojnie, że nie dam rady. Że jestem zmęczony, że chcę raz usiąść normalnie, może pojechać do teściów na gotowe, może zrobić małą Wigilię tylko z żoną i dzieciakami. Bez logistyki jak wesele na 14 osób.
Matka od razu: „Czyli rodzina już ci przeszkadza”. Siostra, że „żona cię nastawia”. To mnie akurat zagotowało, bo żona przez lata nic nie mówiła, chociaż to głównie na niej siedziała ta cała kuchnia. Brat stwierdził, że „każdy jest zmęczony” i żebym nie robił afery z jednego dnia. Tylko że to nigdy nie jest jeden dzień. To są zakupy, sprzątanie, kombinowanie z miejscami do spania, a potem trzy dni dochodzenia do siebie.
Powiedziałem im wprost: „Jak chcecie dużą Wigilię, to zróbmy rotacyjnie. Raz u nas, raz u ciebie, raz może wynajmiemy salę w restauracji i każdy się zrzuci”. I wtedy się zaczęło, że w restauracji to „bez ducha”, że u siostry mało miejsca, u brata pies i małe dziecko, a u matki czwarte piętro bez windy. Wszystko rozumiem. Naprawdę. Tylko jakoś dziwnym trafem wszystkie trudności innych są ważne i prawdziwe, a moje to już fanaberia.
Potem matka zadzwoniła wieczorem i już spokojniej mówi: „Synu, czasem dla świętego spokoju trzeba odpuścić”. No właśnie. Ja przez osiem lat odpuszczałem. Jak brat nie przywiózł nic poza sokiem dla dzieci, odpuściłem. Jak siostra wyszła po kolacji, zostawiając talerze, bo „ma jutro rano pracę”, też odpuściłem. Jak matka potrafiła pochwalić sernik sąsiadki, a o naszym nie powiedzieć słowa, też machałem ręką.
Tylko człowiek w końcu zaczyna się zastanawiać, czy ten cały „święty spokój” to jeszcze dbanie o rodzinę, czy już zwykłe przyzwyczajenie innych, że on zawsze ogarnie i jeszcze się uśmiechnie.
Żona mówi, żebym się nie cofał, bo jak teraz ustąpię, to już zawsze będzie tak samo. Z drugiej strony patrzę na matkę, lat 72, dla niej ta wspólna Wigilia naprawdę dużo znaczy. Brat też nie jest zły, tylko wiecznie zawalony robotą. Siostra mieszka w bloku 48 metrów z dwójką dzieci, też lekko nie ma. Ja to wszystko widzę. Tylko chciałbym, żeby ktoś raz zobaczył też mnie, nie tylko mój stół, mój samochód i to, że „u niego się da”.
Na razie stanęło na tym, że w tym roku każdy ma „się jeszcze zastanowić”. Atmosfera jest taka, że na grupie rodzinnej od trzech dni cisza. I serio się zastanawiam: czy postawienie granicy po tylu latach to normalny szacunek do siebie, czy jednak w pewnym momencie człowiek rozwala coś ważnego tylko dlatego, że ma dość bycia tym od ogarniania?