Ojciec zadzwonił po latach milczenia. Prosił o jedną rzecz, a ja do dziś nie wiem, czy zrobiłem dobrze

„Jakbyś mógł przyjechać, to przyjedź. Ojciec jest w szpitalu”.

Tyle napisała mi siostra. Bez „cześć”, bez pytania co u mnie. Po prostu konkret. Jak u nas od lat.

Siedziałem akurat w aucie pod Castoramą, bo wracałem z roboty i miałem jeszcze kupić silikon do łazienki. Normalny wtorek. Telefon w ręce i nagle człowiekowi wszystko siada.

Z ojcem nie rozmawiałem prawie sześć lat. Nie dlatego, że obraziłem się o byle co. Tylko dlatego, że jak matka zmarła, to po trzech miesiącach wszedł do mieszkania z obcą babą i powiedział, że „życie toczy się dalej”, a najlepiej będzie sprzedać mieszkanie po dziadkach, bo „nie ma sensu trzymać rupieci”.

Tylko że to mieszkanie nie było żadnymi rupieciami. Ja tam robiłem remont po pracy. W weekendy z bratem matki skuwałem stare płytki, wymieniałem instalację, woziłem graty na PSZOK, brałem wolne, żeby pilnować fachowców. Włożyłem w to swoje pieniądze, swój czas i zdrowie. A ojciec, który wcześniej latami powtarzał, że „to będzie dla was”, nagle uznał, że sprzeda i podzieli „sprawiedliwie”.

Sprawiedliwie, czyli jak? Ja włożyłem kilkadziesiąt tysięcy, a on mi mówi, że mam dostać tyle samo co siostra, która nawet kluczy nie miała i przychodziła tam głównie na święta. Z nią też się wtedy pokłóciłem, bo stanęła po jego stronie.

Powiedziała mi wtedy przy stole:
— Nie wszystko przelicza się na paragony.

A ja jej odpowiedziałem:
— Jak trzeba płacić za hydraulika, to jednak się przelicza.

Finalnie nie poszedłem do sądu. Mógłbym, paru znajomych mówiło, żebym walczył, bo miałem przelewy, faktury, wiadomości. Ale uznałem, że nie będę się z własnym ojcem szarpał po kancelariach. Wziąłem tylko to, co było moje: narzędzia, trochę sprzętu, stare komody po matce, które sam odnawiałem. Reszta poszła na sprzedaż. Odciąłem się. Numer ojca zablokowałem.

I teraz po tych latach mam wiadomość, że leży na onkologii w Bydgoszczy i pyta o mnie.

Nie pojechałem od razu. Najpierw wróciłem do domu, zjadłem zimną pomidorową, powiedziałem żonie, o co chodzi. Żona, jak to ona, spokojnie:
— Jedź. Nie dla niego, tylko dla siebie.

Ja na to:
— Dla siebie to ja właśnie od sześciu lat mam spokój.

Ale całą noc nie spałem. Bo prawda jest taka, że człowiek może sobie poukładać życie, kredyt, dzieci, robotę, opony do zmiany, raty, szkołę, zebrania, a i tak jedno zdanie od siostry rozwala wszystko.

Pojechałem następnego dnia po pracy. Trasa, korek pod Toruniem, kawa z Orlenu, głupie myśli w głowie. Jak wszedłem na salę, to go ledwo poznałem. Chudy, szary, bez tego swojego tonu, że zawsze wszystko wie najlepiej.

Spojrzał na mnie i pierwsze, co powiedział, to:
— Myślałem, że nie przyjdziesz.

Odpowiedziałem:
— Ja też.

Nie było filmu, przytulania, przeprosin od razu. Chwilę gadaliśmy o bzdurach. O pogodzie, o tym, że jedzenie w szpitalu paskudne, o lekarzach. Potem siostra wyszła po kawę i zostaliśmy sami.

I wtedy on mówi:
— Muszę cię o coś prosić.

Od razu mnie ścięło. Bo dokładnie tego się bałem. Nie rozmowy, nie prawdy, tylko prośby. Że znowu będzie coś chciał, a ja znowu będę tym, który ma „zrozumieć”.

Powiedział, że ta jego partnerka została sama w wynajmowanym mieszkaniu, że on już raczej z tego nie wyjdzie i że chciałby, żebym „nie robił problemów” przy spadku. Bo on spisał testament. Większość oszczędności i auto dla niej. Dla mnie i siostry po jakiejś symbolicznej części.

Siedziałem i patrzyłem na niego jak idiota. Serio. Po sześciu latach ciszy wezwał mnie właściwie po to, żebym mu obiecał święty spokój.

Powiedziałem:
— Czyli znowu mam być rozsądny, tak?

A on cicho:
— Ona się mną zajmowała.

I ja to nawet rozumiem. Naprawdę. Jak ktoś ci zmienia pampersy, wozi na chemię i siedzi przy tobie, kiedy rzygasz po lekach, to nie jest „jakaś baba”, tylko człowiek, który realnie dźwiga temat. Tego nie neguję.

Tylko z drugiej strony gdzie w tym wszystkim jest zwykła uczciwość wobec własnych dzieci? Ja od niego nic nie chciałem przez te lata. Sam wszystko mam zrobione. Mieszkanie wykończone, auto stare ale spłacone, synowi opłacam angielski, córce aparat na zęby. Nie czekałem na spadek jak sęp. Ale jak ktoś cię raz wyrolował, a potem na koniec życia jeszcze prosi, żebyś grzecznie zaakceptował drugi raz to samo, to człowiekowi wraca wszystko.

Powiedziałem mu wprost:
— Nie obiecam ci tego.

Widziałem, że go to zabolało. Ale mnie też bolało to, że nawet wtedy nie usłyszałem prostego: „źle zrobiłem”. Było tylko:
— Chciałem jakoś zabezpieczyć wszystkich.

Wróciłem do domu w nocy. Żona spytała, jak było. Odpowiedziałem tylko:
— Praktycznie.

Od tamtej pory byłem u niego jeszcze dwa razy. Raz zawiozłem mu ładowarkę i wodę, drugi raz załatwiłem mu zasiłek pielęgnacyjny, bo siostra się w tym gubiła. Czyli co umiałem, to zrobiłem. Obowiązki ogarnąłem. Ale tej obietnicy dalej nie dałem.

Siostra mówi, żebym odpuścił, bo „to już nie czas na rachunki”. Ja uważam, że właśnie wtedy rachunki wracają najmocniej, bo już nie będzie kiedy ich wyjaśnić.

I teraz nie wiem, czy upór to jeszcze szacunek do siebie, czy już zwykła zawziętość. Czy jak po jego śmierci nie podważę testamentu, to będę przyzwoity, czy po prostu znowu pozwolę, żeby ktoś przeszedł po mnie dla świętego spokoju?

Jak wy byście na to spojrzeli?