Przez cztery lata słyszałam, że jego była żona robiła wszystko lepiej

Najbardziej pamiętam nie wielką kłótnię, tylko niedzielny rosół.

Stałam przy kuchence, mieszałam makaron, a Paweł siedział przy stole z telefonem. Dzieci biegały po mieszkaniu, bo za pół godziny mieliśmy je zawieźć do mojej mamy. Zwykły bałagan, zwykła niedziela.

Spróbował łyżkę i powiedział niby od niechcenia:

– Anka dawała więcej lubczyku. Taki był bardziej wyrazisty.

Anka była jego pierwszą żoną. Rozwiedli się kilka lat przed tym, jak się poznaliśmy. Na początku nawet mi jej było żal. Z tego, co opowiadał Paweł, rozstali się, bo „przestali się dogadywać”, ona wyprowadziła się do innego miasta, później ułożyła sobie życie z kimś innym. Nie wypytywałam. Każdy ma przeszłość.

Tylko że z czasem Anka przestała być przeszłością. Była z nami przy każdym obiedzie, przy zakupach, przy sprzątaniu, przy dzieciach. Wcale nie fizycznie, oczywiście. W słowach Pawła.

„Anka tak dobrze planowała wydatki.”

„Anka nigdy nie kupowała dzieciom tylu głupot.”

„Anka umiała rozmawiać spokojnie.”

„Anka po pracy jeszcze miała siłę zrobić ciasto.”

Czasem mówił to z uśmiechem, jakby dzielił się wspomnieniem. Czasem wtedy, kiedy był zły. Najgorzej było, kiedy rzucał to przy dzieciach.

Mam dwoje: Zosię, która ma dziewięć lat, i Franka, sześć. Paweł nie jest ich biologicznym ojcem, ale wychowuje ich ze mną od kiedy Franek miał rok. Ich tata mieszka w Belgii, dzwoni nieregularnie i przysyła alimenty, kiedy sobie przypomni. Paweł przez długi czas był dla dzieci ważny. Nadal jest, chyba właśnie dlatego tak długo próbowałam to wszystko jakoś poukładać.

Po tej sytuacji z rosołem powiedziałam mu spokojnie, że mam dosyć porównań. Nie krzyczałam. Dzieci były w pokoju, pakowały kredki i jakieś figurki do plecaka.

– Możesz mi po prostu powiedzieć, że czegoś ci brakuje – powiedziałam. – Nie musisz za każdym razem mówić, że Anka robiła to lepiej.

Odłożył telefon i spojrzał na mnie tak, jakbym czepiała się słów.

– Jezu, Magda, nie można przy tobie nic powiedzieć. To był rosół.

– Nie chodzi o rosół.

– No to o co? Mam udawać, że nie byłem wcześniej żonaty?

To było jego ulubione odwracanie sprawy. Nigdy nie prosiłam, żeby udawał. Chciałam tylko, żeby nie robił ze mnie gorszej wersji kobiety, której już z nim nie było.

Jego mama, pani Irena, też miała w tym swój udział. Mieszkała dwa przystanki tramwajem od nas i wpadała bez zapowiedzi, zwykle z siatką zakupów albo z czymś „dla dzieci”. Czasem naprawdę pomagała. Kiedy miałam anginę, przywiozła zupę i odebrała Zosię ze świetlicy. Nie chcę z niej robić potwora.

Ale potrafiła też stanąć w mojej kuchni, rozejrzeć się po blacie i powiedzieć:

– Ania zawsze miała tak czyściutko. Ona była nauczona domu.

Albo kiedy Zosia dostała uwagę w dzienniku za gadanie na lekcji:

– Gdyby Paweł miał własne dzieci z Anią, może byłoby inaczej. Ona była taka konsekwentna.

Powiedziała to przy Zosi. Widziałam, jak córka zamiera nad talerzem. Potem przez dwa dni pytała, czy Paweł wolałby „inne dzieci”.

Wtedy pierwszy raz kazałam pani Irenie wyjść. Dosłownie. Głos mi się trząsł, ręce też, ale powiedziałam, że nie życzę sobie takich tekstów ani przy dzieciach, ani przy mnie.

Paweł po jej wyjściu nie stanął po mojej stronie. Był wściekły, że „wyrzuciłam jego matkę”. Powtarzał, że ona ma już swoje lata, że nie zrobiła nic takiego, że przesadzam.

– Ona ciągle mówi o twojej byłej żonie, jakby siedziała z nami w salonie – odpowiedziałam.

– Bo Anka była częścią naszej rodziny przez dwanaście lat.

„Naszej rodziny”. To zdanie siedziało we mnie długo. Byliśmy po ślubie cztery lata. Mieszkaliśmy w mieszkaniu, na które oboje płaciliśmy kredyt. W przedpokoju wisiały rysunki moich dzieci. W szafce miałam jego leki na ciśnienie, bo zawsze zapominał, gdzie je odkłada. A mimo to czułam, że jestem kimś tymczasowym, dopisanym ołówkiem obok czegoś, co on uważał za właściwą wersję swojego życia.

Zaczęłam się pilnować. Za bardzo.

Prasowałam koszule, choć wcześniej nigdy tego nie robiłam. Sprawdzałam ceny w trzech sklepach. Robiłam listy zakupów, planowałam obiady na cały tydzień, próbowałam być cierpliwsza, mniej zmęczona, bardziej uśmiechnięta. Głupie, wiem. Jakby dało się wygrać z kobietą, która w jego pamięci zawsze miała idealny rosół, czyste okna i nigdy nie mówiła rzeczy nie w porę.

A przecież czasem widziałam przez przypadek, że to nie była cała prawda. Paweł wspominał, że Anka „nigdy się nie kłóciła”, a tydzień później, po dwóch piwach, rzucił, że trzaskała drzwiami i potrafiła nie odzywać się do niego tygodniami. Raz powiedział, że odeszła bez słowa, innym razem, że długo prosiła go o terapię. Nie drążyłam. Nie chciałam znać szczegółów ich małżeństwa. Zaczęłam tylko rozumieć, że on nie tęskni za Anką taką, jaka była. Tęskni za wersją, przy której sam nie musiał nic zmieniać.

Decyzja o odejściu nie przyszła jednego dnia. Przez kilka miesięcy oglądałam mieszkania do wynajęcia na OLX, głównie wieczorami, kiedy Paweł oglądał seriale ze słuchawkami. Przeliczałam wypłatę z przychodni, alimenty, ratę za pralkę. Bałam się jak cholera. W obecnym mieszkaniu byłam współkredytobiorczynią, więc nie mogłam po prostu trzasnąć drzwiami i zniknąć.

W końcu umówiłam się na konsultację z prawniczką. Potem powiedziałam siostrze. Była zła, że tak długo milczałam, ale nie mówiła „a nie mówiłam”. Przywiozła mi kawę z piekarni i po prostu siedziała ze mną przy stole.

Prawdziwy koniec nastąpił w maju, w dzień komunii córki mojej kuzynki. Paweł przy wszystkich skomentował moją sukienkę. Nie była jakaś wyzywająca, granatowa, do kolan.

– Anka to miała klasę. Nie musiała się tak stroić, żeby zwracać uwagę.

Zapadła cisza. Nawet jego mama nic nie powiedziała. Poczułam wstyd, ale już nie taki jak wcześniej. Raczej coś zimnego i bardzo prostego.

Wieczorem wróciliśmy do domu. Dzieci spały u mojej mamy. Paweł próbował żartować, jakby nic się nie stało. Ja wyjęłam z szafy torbę sportową i zaczęłam wkładać do niej swoje rzeczy.

– Co ty robisz? – zapytał.

– Jadę do Asi na kilka dni.

– Przez jeden tekst?

Spojrzałam na niego i po raz pierwszy nie zaczęłam tłumaczyć od początku. Nie wyliczałam sytuacji, nie udowadniałam, że mnie ranił. Powiedziałam tylko:

– Nie przez jeden. Przez wszystkie.

Minęły trzy miesiące. Mieszkam z dziećmi w wynajętym mieszkaniu na drugim końcu miasta. Jest małe, w łazience ledwo mieści się suszarka, a właścicielka dzwoniła już dwa razy w sprawie rachunków, choć zawsze płacę na czas. Z Pawłem jesteśmy w trakcie ustalania spraw dotyczących mieszkania i rozwodu. Raz pisze, że mnie kocha. Innym razem, że rozbiłam rodzinę przez swoją nadwrażliwość.

Ostatnio przysłał wiadomość: „Mama pyta, czy przyjedziecie na jej urodziny”.

Nie odpisałam od razu. Zosia siedziała obok mnie na kanapie i robiła zadanie z polskiego. Franek rozsypywał klocki po dywanie. W garnku gotował się rosół, zwyczajny, bez lubczyku, bo zapomniałam kupić.

I pierwszy raz od dawna nie miałam potrzeby, żeby smakował komuś tak jak dawniej.