Oddałem siostrze swój pokój na dwa tygodnie. Mieszkam na kanapie już trzeci miesiąc
Najgorsze jest to, że nauczyłem się budzić przed budzikiem, kiedy słyszę, jak ktoś chodzi po mieszkaniu.
Kiedy miałem swój pokój, drzwi były zamknięte, a ja mogłem jeszcze przez pięć minut leżeć i udawać, że nie muszę wstawać do pracy. Teraz śpię na rozkładanej kanapie w salonie. Każdy idzie rano do łazienki przez salon. Tata szura kapciami, siostra nastawia czajnik, jej córka czasem wpada w nocy pod koc, bo „nie może spać”. I ja już właściwie nie wiem, gdzie w tym mieszkaniu kończę się ja.
Mam 34 lata, pracuję w serwisie komputerowym w Łodzi. Nie zarabiam kokosów, ale odkładałem na wkład własny. Mieszkam z tatą w jego trzypokojowym mieszkaniu na Retkini od czasu, gdy rozstałem się z Martą. To miało być przejściowe. Dwa lata temu. Tata po operacji biodra też nie powinien zostać sam, więc wszystkim to pasowało. Ja płaciłem rachunki i robiłem zakupy, on gotował, jak miał lepszy dzień. Mieliśmy swój rytm.
Mój pokój nie był jakiś piękny. Biurko z monitorem, regał po mamie, suszarka na pranie stojąca czasem przez pół tygodnia. Ale zamykałem drzwi i miałem ciszę. Po rozstaniu to chyba było najważniejsze.
W listopadzie zadzwoniła moja młodsza siostra, Karolina. Płakała tak, że na początku nie rozumiałem, co mówi. Jej mąż, Przemek, wyprowadził się z domu po kolejnej awanturze. Podobno nie pierwszy raz, tylko pierwszy raz zabrał rzeczy. Karolina została z siedmioletnią Mają, kredytem i pracą na pół etatu w drogerii. Powiedziała, że nie chce siedzieć sama, bo boi się wieczorów.
Tata od razu rzucił:
– Nie będzie przecież obca po noclegowniach chodzić. Przyjedzie do nas.
Nikt nawet nie powiedział „na jak długo”. To się jakoś samo przyjęło, że damy radę. Ja powiedziałem, że oczywiście. Co miałem powiedzieć? Że siostra z dzieckiem ma szukać pokoju do wynajęcia, kiedy właśnie rozsypuje jej się małżeństwo?
Tylko że mieszkanie ma dwa pokoje do spania. Tata ma swój. Mój dostały Karolina z Mają. Ja przeniosłem się na kanapę „na dwa tygodnie, aż coś ustalimy”.
Pierwsze dni były nawet spokojne. Maja rysowała przy stole, Karolina gotowała za dużo makaronu, tata powtarzał, że rodzina jest od tego, żeby się wspierać. Czułem się trochę potrzebny. Kupiłem Mai lampkę nocną z biedronką, bo bała się zasypiać w obcym miejscu.
Potem zaczął się zwykły bałagan, taki nie do pokazania w żadnej jednej kłótni. Moje rzeczy trafiły do kartonów. Kartony stanęły w przedpokoju, bo w piwnicy było wilgotno. Żeby wyjąć koszulę, musiałem rozcinać taśmę. W salonie nie mogłem usiąść po pracy, bo Maja oglądała bajki albo Karolina rozmawiała z prawniczką przez telefon. Kiedy chciałem później odpalić komputer, słyszałem, że światło przeszkadza dziecku zasnąć.
Raz wróciłem po dziesięciu godzinach, bo klient przywiózł zalany laptop tuż przed zamknięciem. Chciałem tylko zrobić herbatę i posiedzieć chwilę w ciszy. Na kanapie leżało pranie, na stole zeszyty Mai, a Karolina powiedziała:
– Tylko nie stukaj tą łyżeczką, bo mała zasnęła.
Powiedziała to normalnie, nawet nie złośliwie. A mnie coś ścisnęło w gardle. Stałem z kubkiem w ręce we własnym salonie, który przecież formalnie nawet nie był mój, i pomyślałem, że przeszkadzam wszystkim samym swoim istnieniem.
Próbowałem gadać z tatą. Odpowiedział, że mam rozumieć sytuację, bo Karolina jest w rozsypce. Rozumiem. Naprawdę rozumiem. Przemek raz się odzywał, raz nie, potem wysłał jej jakieś przeprosiny i zdjęcie pustego mieszkania, do którego się wyniósł. Maja pytała, czy tata wróci na jej urodziny. Karolina chudła w oczach i udawała przy dziecku, że wszystko jest w porządku.
Tylko że przy tym wszystkim ja stałem się człowiekiem, któremu „jakoś będzie”. Bo nie mam dziecka. Bo jestem facetem. Bo pracuję. Bo potrafię sobie poradzić.
W grudniu miałem umówione spotkanie online w sprawie dodatkowej roboty. Serwis chciał, żebym po godzinach robił im zdalnie wyceny napraw. Nie był to żaden przełom, ale parę stów miesięcznie by wpadło. Usiadłem przy stole z laptopem i słuchawkami. Po pięciu minutach Maja zaczęła płakać w pokoju, bo nie mogła znaleźć pluszaka. Karolina weszła do salonu i, widząc mnie na rozmowie, po prostu powiedziała głośno:
– Bartek, no weź ją na chwilę, ja muszę zadzwonić do Przemka.
Machnąłem ręką, że nie mogę. Ona przewróciła oczami. Potem usłyszałem, jak mówi do taty w kuchni, że ja to „chyba zapomniałem, co znaczy rodzina”.
Zadzwoniłem do niej wieczorem z klatki schodowej, żeby Maja nie słyszała. Powiedziałem rzeczy, których długo nie chciałem mówić. Że nie mam gdzie spać, gdzie pracować, gdzie pobyć sam. Że minęły dwa miesiące, a nikt nie szuka żadnego rozwiązania. Że nie mogę całego życia zawiesić dlatego, że jej mąż okazał się idiotą.
I od razu wiedziałem, że ostatnie zdanie było podłe. Przemek był jej wyborem, ale przecież nie zasłużyła na to, co robił. Karolina przez chwilę milczała. Potem powiedziała cicho:
– Myślisz, że ja nie wiem, że tu przeszkadzamy?
Nie umiałem odpowiedzieć. Bo nie chciałem, żeby się wyniosła z dnia na dzień z dzieckiem i została sama. Chciałem tylko odzyskać kawałek miejsca. Ale w tamtej rozmowie zabrzmiało to jak jedno i to samo.
Od tamtej pory jest między nami grzecznie, aż za grzecznie. Karolina zaczęła przeglądać ogłoszenia. Wiem, bo zostawia otwarte karty na telefonie: kawalerki na Widzewie, pokoje dla matek z dzieckiem, jakieś mieszkania po 2800 plus opłaty. Za jej pensję i alimenty, których Przemek jeszcze nawet regularnie nie płaci, to brzmi jak żart.
Tata z kolei obraził się na mnie nie wprost. Mówi tylko, że „kiedyś ludzie się gnieździli po trzy pokolenia i nie robili dramatu”. Może ma rację. Może ja też zrobiłem z kanapy symbol czegoś większego, bo po rozstaniu i tak bałem się, że już nigdzie nie będę u siebie.
W zeszłym tygodniu Karolina zapytała, czy mogę jeszcze wytrzymać do końca marca. Powiedziała to, stojąc przy zlewie, bez patrzenia na mnie. Maja siedziała obok i odklejała naklejki z mandarynek na lodówkę.
Powiedziałem, że tak.
Potem poszedłem do salonu, rozłożyłem kanapę i przez dobre dziesięć minut szukałem ładowarki, która znowu gdzieś zniknęła pod kocami. Nie jestem pewien, czy zgodziłem się dlatego, że naprawdę chcę pomóc, czy dlatego, że nie umiem już powiedzieć „nie” bez poczucia, że wyrzucam własną siostrę za drzwi.