Przestaliśmy odbierać telefon od córki o szóstej rano
Mam sześćdziesiąt osiem lat, żona, Ela, sześćdziesiąt sześć. Oboje jesteśmy na emeryturze. Ja wcześniej pracowałem w spółdzielni mieszkaniowej, Ela przez większość życia była księgową w małej firmie budowlanej. Nie mamy wielkich pieniędzy, ale starcza nam na normalne życie, działkę, raz w roku jakiś wyjazd nad morze poza sezonem. Przynajmniej tak miało być.
Nasza córka, Karolina, mieszka jakieś piętnaście minut samochodem od nas, na nowym osiedlu za miastem. Ma dwójkę dzieci: Kubę, który chodzi do drugiej klasy, i czteroletnią Nelę. Jej mąż, Paweł, pracuje w transporcie, często wraca późno albo wyjeżdża na kilka dni.
Kiedy urodził się Kuba, pomagaliśmy z własnej woli. To nawet nie była dla nas kwestia do dyskusji. Karolina wracała po macierzyńskim do pracy, Paweł dużo jeździł, a prywatny żłobek kosztował wtedy tyle, że właściwie nie miał sensu. Ela odbierała małego, ja przywoziłem zakupy, czasem zawiozłem ich do lekarza. Byliśmy dziadkami, cieszyliśmy się.
Tylko że z czasem „czasem” zamieniło się w plan tygodnia.
W poniedziałki i środy Ela odbierała dzieci. We wtorki ja woziłem Kubę na basen, bo Karolina miała spotkania w pracy. W czwartki zwykle „coś wypadało”: hydraulik, zebranie w przedszkolu, wyjazd służbowy Pawła, zakupy, których nie zdążyli zrobić. Piątki miały być wolne, ale często Karolina pisała koło południa: „Tato, możecie wpaść na chwilę? Muszę ogarnąć mieszkanie przed weekendem”.
Ta chwila zwykle kończyła się tym, że ja składałem meble z internetu albo skręcałem półkę, a Ela sprzątała po dzieciach, bo Karolina w międzyczasie siadała z laptopem.
Nie chcę jej przedstawiać jak potwora. Ona naprawdę dużo pracuje. Jest kierowniczką zmiany w drogerii i wiecznie ma jakieś grafiki, inwentaryzacje, telefony od pracowników. Widzę, że bywa zmęczona. Tylko że my też przestaliśmy być młodzi, a chyba oboje zapomnieliśmy, że mamy prawo się męczyć.
Pierwszy raz poczułem złość, kiedy Ela skręciła kostkę na schodach u Karoliny. Nela rozlała sok, Kuba szukał stroju na WF, w przedpokoju leżały hulajnoga i trzy pary butów. Ela poślizgnęła się, spadła z dwóch stopni i przez prawie miesiąc chodziła w stabilizatorze.
Karolina przyjechała wtedy do nas z dziećmi i powiedziała, że bardzo jej przykro. Przywiozła ciasto z cukierni. Ale dwa dni później zadzwoniła z pytaniem, czy mimo wszystko Ela mogłaby odebrać Nelę, bo ona „tylko posiedzi spokojnie w aucie, nie będzie musiała biegać”.
Ela się zgodziła.
Ja też wtedy nic nie powiedziałem. I to chyba był nasz błąd, nie tylko Karoliny. Człowiek przez lata przyzwyczaja innych, że jest pod telefonem, a potem ma pretensję, że dzwonią.
W zeszłym roku zaplanowaliśmy wyjazd do sanatorium w Ciechocinku. Pierwszy raz od dawna coś tylko dla nas. Ela miała problemy z kręgosłupem, ja z ciśnieniem. Lekarz powiedział mi wprost, że powinienem więcej chodzić, mniej się stresować i nie dźwigać. Nawet zapłaciliśmy zaliczkę.
Na tydzień przed wyjazdem Karolina zadzwoniła wieczorem.
– Tato, ja mam problem. Paweł dostał trasę do Niemiec, a opiekunka, którą miałam załatwioną, się rozchorowała. Wy przecież jedziecie dopiero w środę, tak?
– We wtorek rano – odpowiedziałem.
Zapadła cisza, taka niezręczna.
– No ale to sanatorium. Nie możecie przełożyć? Ja naprawdę nie wiem, co zrobię.
Spojrzałem na Elę. Stała przy blacie i kroiła ogórka do kolacji. Nie patrzyła na mnie, ale przestała kroić.
Powiedziałem Karolinie, że nie, nie przełożymy. Że mamy skierowania, zaliczkę, terminy badań Eli. Że może Paweł odmówi tej trasy albo ona weźmie urlop na żądanie, może poprosi drugich dziadków. Jej teściowie mieszkają pod Łowiczem, nie za granicą.
Wtedy usłyszałem:
– Czyli wnuki są dla was mniej ważne niż jakieś zabiegi i spacery po Ciechocinku?
Powiedziałem coś ostro, chyba że nie będę się tłumaczył z leczenia własnej żony. Ona się rozłączyła.
Przez trzy dni nie odzywała się ani ona, ani Paweł. Nikt nie napisał nawet „miłej podróży”. Ostatecznie Paweł nie pojechał, bo jak później wyszło, mógł zamienić się trasą z kolegą. Był wściekły, że stracił dodatkowe pieniądze. Karolina była wściekła, że została z całym zamieszaniem sama. A my siedzieliśmy w Ciechocinku i udawaliśmy przed sobą, że odpoczywamy.
Ela płakała drugiego wieczoru. Nie jakoś głośno, po prostu leżała odwrócona do ściany. Powiedziała, że może faktycznie jesteśmy egoistami. Że dzieci nie są winne. Ja jej odpowiedziałem, że dzieci nigdy nie były problemem.
Po powrocie postanowiliśmy, że ustalimy zasady. Żadnych awantur, żadnego wypominania. Po prostu konkret. Możemy odbierać dzieci dwa razy w tygodniu, ale tylko po wcześniejszym ustaleniu. Nie będziemy przyjeżdżać do sprzątania ani gotowania. W nagłych przypadkach pomożemy, jeśli naprawdę możemy, ale nie na zasadzie telefonu o szóstej rano, bo Karolina zaspała albo nie chce brać wolnego.
Spotkaliśmy się u nas przy stole. Paweł właściwie milczał. Karolina od początku miała łzy w oczach, ale mówiła twardo.
– Czyli teraz mam was wpisywać w kalendarz jak nianię?
Ela spokojnie powiedziała:
– Nie. Właśnie nie jesteśmy nianią. Jesteśmy twoimi rodzicami i dziadkami dzieci.
Karolina prychnęła, że przecież nigdy nie prosiła nas o tyle rzeczy. I wtedy ja, bardzo nieładnie może, wyjąłem telefon. Miałem wiadomości. „Tato, podjedziesz po papier do drukarki?” „Mamo, weź Neli rajstopy, bo nie mam siły iść do galerii”. „Możecie zostać do wieczora, bo my skoczymy tylko na zakupy?”
Nie czytałem wszystkiego. Wystarczyło kilka.
Paweł wtedy powiedział cicho, że on też przywykł, że zawsze kogoś mają. Karolina spojrzała na niego tak, jakby ją zdradził. Może trochę zdradził, nie wiem.
Od tamtej rozmowy minęły prawie cztery miesiące. Jest inaczej, ale nie tak, że nagle wszyscy są szczęśliwi. Karolina rzadziej dzwoni. Czasem mam wrażenie, że robi to specjalnie, żeby nam pokazać, że da sobie radę bez nas. Ma teraz studentkę do odbierania Neli dwa razy w tygodniu. Narzeka, że dużo ją to kosztuje.
My też płacimy swoją cenę. Widzimy wnuki mniej spontanicznie. Kuba raz zapytał, czemu już nie przyjeżdżam po niego na basen. Powiedziałem, że teraz ma inne zajęcia i że nadal możemy razem jeździć na ryby, kiedy zechce. Ale przez kilka dni miałem to pytanie w głowie.
Wczoraj Karolina zadzwoniła o 21.30. Nela miała gorączkę, Paweł był w trasie, a ona bała się, że rano nie da rady iść do pracy. Nie pytała od razu, czy przyjedziemy. Najpierw powiedziała: „Tato, wiem, że późno. Czy mogę cię o coś poprosić?”
Przyjedziemy rano. Ela już wyjęła z szafy mały termofor dla Neli.
Tylko tym razem Karolina sama zaproponowała, że po pracy przywiezie nam zakupy, bo wie, że ja mam jutro wizytę u kardiologa. I nie wiem, czy to jest trwała zmiana, czy po prostu jeden lepszy wieczór. Na razie nie chcę tego sprawdzać. Jutro po prostu usiądę z Nelą na kanapie i włączymy jej bajkę, którą ogląda po raz setny.