Skreśliłem ojca z listy gości, ale nadal czekam, aż zadzwoni

Trzy tygodnie temu siedziałem przy kuchennym stole z laptopem i skreśliłem imię własnego ojca z listy gości na ślub.

Nie zrobiłem tego w złości. Właśnie to było najgorsze. Po prostu kliknąłem w komórkę, nacisnąłem delete i przez chwilę patrzyłem na puste miejsce między „wujek Roman z Anetą” a „Iza z pracy”. Olena kroiła obok pomidory do kanapek. Nawet nie zauważyła.

– Mamy już czterdzieści osiem osób? – zapytała.

Powiedziałem, że czterdzieści siedem.

Mam trzydzieści siedem lat, mieszkam w Toruniu i całe życie myślałem, że opinia mojego ojca nie robi na mnie aż takiego wrażenia. Przecież jestem dorosły, mam swoją firmę, wynajmujemy z Oleną mieszkanie, odkładamy na wkład własny. Niby zwykłe życie. A jednak kiedy ojciec krzywił się na coś, co zrobiłem, dalej czułem się jak chłopak, który źle przyciął deskę w garażu i usłyszał: „No, Michał, pomyśl trochę”.

Olenę poznałem przez internet, na grupie językowej. Szukała kogoś do rozmów po polsku, ja chciałem odświeżyć angielski, bo wtedy jeszcze wydawało mi się, że za rok polecę gdzieś dalej niż nad Bałtyk. Pierwsze spotkanie było w kawiarni przy Szerokiej. Przyszła spóźniona, przepraszała, że tramwaj stanął, i przez pół godziny mówiła do mnie per „pan”, chociaż prosiłem, żeby przestała.

Nie była żadną bajkową miłością od pierwszego wejrzenia. Miała wtedy dużo spraw na głowie, pracowała w gabinecie stomatologicznym, wysyłała część pieniędzy mamie, która została w Charkowie. Czasem potrafiła się obrazić o coś, czego nawet nie rozumiałem. Ja z kolei mam ten irytujący zwyczaj, że milknę, kiedy powinienem coś powiedzieć. Ale przy niej zrobiło mi się jakoś lżej.

Kiedy pół roku później powiedziałem rodzicom, że z kimś jestem, mama od razu chciała zdjęcie. Ojciec tylko zapytał, czym się zajmuje. Gdy powiedziałem, że jest z Ukrainy, mruknął „aha” i zaczął mówić o rachunku za prąd.

Wtedy uznałem, że przesadzam. Ojciec nigdy nie był człowiekiem od entuzjazmu. Na moje studia zareagował pytaniem, czy po nich znajdę pracę. Kiedy kupiłem pierwszy samochód, najpierw sprawdził opony i stwierdził, że przepłaciłem. Tak już miał. Twardy, praktyczny, oszczędny w słowach.

Na pierwszym obiedzie z Oleną był nawet uprzejmy. Za uprzejmy. Mówił wolno, jakby bał się, że ona nie zrozumie. Dopytywał, czy planuje „tu zostać na stałe”, mimo że od ponad pięciu lat mieszkała w Polsce i mówiła po polsku lepiej niż niejeden mój znajomy.

Olena po powrocie do domu zdjęła buty, usiadła na brzegu łóżka i powiedziała tylko:

– Twój tata mnie nie polubił.

Zaprzeczyłem odruchowo. Powiedziałem, że on po prostu potrzebuje czasu. Że taki jest. Że nie chciał nic złego.

Dzisiaj wstyd mi za to „taki jest”. To wygodne zdanie. Można nim przykryć prawie wszystko.

Później było kilka drobnych rzeczy. Ojciec przesyłał mi filmiki z Facebooka o Ukraińcach pobierających świadczenia, choć Olena pracowała od poniedziałku do soboty i nie brała od nikogo ani złotówki. Gdy zaprosiłem rodziców na jej urodziny, zapytał, czy będą „jej znajomi czy nasi”. Nie podobało mu się, że Olena jeździ raz na kilka miesięcy do mamy i przywozi stamtąd domowe rzeczy, herbatę, czasem jakieś słodycze dla mojej mamy.

Najbardziej zabolało mnie jednak coś zupełnie głupiego.

Byliśmy u rodziców na grillu w zeszłe lato. Mój brat przyjechał z dziećmi, wszyscy siedzieli na tarasie. Olena zrobiła sałatkę z pieczonymi warzywami, mama ją chwaliła. Ojciec wypił dwa piwa, może trzy, i powiedział do mnie, już przy wszystkich:

– Tylko się potem nie zdziw, jak ci kiedyś powie, że musi wracać do swoich.

Zapadła taka cisza, której nie da się udawać. Bratanek upuścił plastikowy kubek. Olena stała z talerzem w rękach. Nie płakała, nie zrobiła awantury. Powiedziała spokojnie, że jej „swoi” są teraz w dwóch miejscach, i poszła do kuchni.

A ja?

Ja najpierw powiedziałem ojcu, żeby nie gadał głupot. Tyle. Nie kazałem mu przeprosić. Nie wyszedłem od razu. Siedziałem jeszcze prawie godzinę, bo mama prosiła, żeby nie robić scen, a ja jak idiota dalej chciałem, żeby ten wieczór był normalny.

W samochodzie Olena patrzyła przez okno. Próbowałem tłumaczyć, że ojciec był po alkoholu i że nie umie rozmawiać. W końcu powiedziała:

– Michał, ja nie potrzebuję, żeby on mnie lubił. Ale nie chcę całe życie udowadniać, że nie jestem zagrożeniem dla twojej rodziny.

To zdanie zostało ze mną na długo.

Ojciec zadzwonił dopiero po tygodniu. Nie przeprosił. Spytał, czy nadal się obrażamy, bo mama się martwi. Powiedziałem mu wtedy więcej, niż planowałem. Że Olena jest moją narzeczoną. Że jeśli nie potrafi jej traktować z szacunkiem, to nie będzie jej widywał. I że nie chcę słuchać kolejnych tekstów o „nich”, bo ja nie jestem przypadkowym człowiekiem z internetu, tylko jego synem.

Milczał tak długo, że myślałem, że się rozłączył.

– Ty zawsze wszystko bierzesz do siebie – rzucił w końcu.

Potem przez dwa miesiące prawie nie rozmawialiśmy. Mama dzwoniła osobno. Płakała, ale też mówiła, że ojciec wychował się inaczej, że ma swoje lęki, że dużo naczytał się w internecie. Rozumiem to, naprawdę. Tylko że Olena nie jest jego lękiem ani nagłówkiem z portalu. Jest osobą, którą kocham.

Kiedy się oświadczyłem, powiedziała „tak”, a potem oboje śmialiśmy się tak głośno, że sąsiad z dołu zapukał w kaloryfer. Przez dwa dni miałem w sobie czystą radość. Dopiero potem zacząłem myśleć o liście gości i od razu wiedziałem, że jeśli zaproszę ojca bez żadnej zmiany z jego strony, znowu postawię Olenę w sytuacji, w której będzie musiała się pilnować we własnym ważnym dniu.

Wczoraj mama napisała, że tata pytał, czy termin ślubu jest już ustalony. Nie odpisałem od razu. Olena nie naciska. Powiedziała tylko, że decyzja należy do mnie, ale nie chce być już powodem rodzinnych narad i cichego obrażania się.

Wieczorem otworzyłem laptop. Imię ojca nadal było skreślone. Zostawiłem je tak i poszedłem wyrzucić śmieci, bo rano znowu zapomniałem. Kiedy wróciłem, Olena spała na kanapie z pilotem w ręce. Przykryłem ją kocem i zgasiłem światło w kuchni.