Babcia mówiła, że wszystko ma pod kontrolą, aż znaleźliśmy ją na podłodze w przedpokoju

Najpierw zwróciłam uwagę na lodówkę.

Byłam u babci w niedzielę, może trzy miesiące po pogrzebie dziadka. Weszłam do kuchni zrobić herbatę i zobaczyłam w środku pół kostki masła, światło, dwa jogurty po terminie i garnek z zupą, której nawet nie chciałam otwierać. Babcia powiedziała, że przecież „coś tam je”, a ja nie miałam siły się z nią kłócić.

Miała wtedy siedemdziesiąt dziewięć lat. Mieszkała sama na czwartym piętrze w bloku z wielkiej płyty na osiedlu w Radomiu. Bez windy. Z dziadkiem byli razem ponad pięćdziesiąt lat. On robił zakupy, pamiętał o lekach, jeździł do przychodni, a ona gotowała i zajmowała się domem. Z boku wyglądało to zwyczajnie, ale kiedy go zabrakło, nagle wyszło, że babcia właściwie nie wiedziała, jak opłacić rachunek przez internet ani do kogo zadzwonić, kiedy piecyk w łazience zaczął dziwnie stukać.

I najgorsze było to, że ona nie prosiła o pomoc. Wstydziła się chyba. Albo naprawdę wierzyła, że jeśli będzie udawać, że jest po staremu, to nikt nie zauważy, jak bardzo jest źle.

Zaczęłam do niej dzwonić prawie codziennie. Czasem odbierała od razu, czasem po kilku godzinach. Mówiła, że spała albo była w sklepie. Kiedy pytałam, co kupiła, odpowiadała: „No chleb”. Tylko że chleb mógł leżeć u niej tydzień.

Rodzicom mówiłam o tym kilka razy. Mieszkają jakieś dwadzieścia minut samochodem od babci. Tata jest jej jedynym synem.

– Tato, ona sobie nie radzi – powiedziałam kiedyś przy obiedzie. – W mieszkaniu jest zimno, prawie nie wychodzi. Nie wiem, czy bierze leki.

Tata nawet nie podniósł wzroku znad talerza.

– Mama zawsze taka była. Nie lubi, jak się jej zagląda do życia.

Mama dodała, że nie można starszej osobie odbierać samodzielności.

– Jak będziemy przy niej stać od rana do wieczora, to dopiero poczuje się jak niedołężna – powiedziała. – Daj jej trochę czasu.

Może mieli trochę racji. Ja mam trzydzieści jeden lat, pracuję w sklepie internetowym, mieszkam z chłopakiem na drugim końcu miasta i sama nie mogłam codziennie do niej jeździć. Też nie byłam wzorem wnuczki. Zdarzało mi się zadzwonić między spotkaniami i odetchnąć z ulgą, kiedy powiedziała swoim normalnym głosem: „U mnie dobrze, dziecko”. Wtedy odkładałam telefon i wracałam do własnych spraw.

Ale przy każdej wizycie było gorzej.

Babcia przestała chodzić do fryzjera. Nosiła ten sam sweter, choć kiedyś zawsze była schludna, nawet po domu. W przedpokoju stały trzy worki z rzeczami po dziadku, nieruszone od pogrzebu. Nie chciała, żebym ich dotykała. W łazience zauważyłam ręcznik z brązową plamą, chyba po herbacie, i mokry dywanik zwinięty przy pralce. Powiedziałam tacie, że ten dywanik jest śliski.

– To jej wyrzuć, jak tak ci przeszkadza – rzucił.

Nie wyrzuciłam. Babcia się oburzyła, gdy tylko zaproponowałam.

– Nie jestem dzieckiem, Karolina. Wiem, co mam w domu.

Poczułam się wtedy okropnie. Jakbym traktowała ją z góry. Kupiłam tylko nowy dywanik z gumą od spodu i zostawiłam w szafie. Leżał tam później jeszcze długo, w opakowaniu.

W środę, pod koniec listopada, wracałam z pracy tramwajem. Było już ciemno, padał taki mokry śnieg z deszczem. Zadzwoniła do mnie pani Irena, sąsiadka babci z naprzeciwka. Znałam ją tylko z widzenia.

– Karolinko, ty masz kontakt z panią Zosią? Bo ja od rana jej nie widzę, a telewizor gra i nikt nie otwiera.

Od razu poczułam ścisk w brzuchu. Zadzwoniłam do babci. Raz, drugi, piąty. Nic. Do taty. Nie odebrał, bo był na jakimś szkoleniu w pracy. Mama odebrała i najpierw powiedziała, żebym się nie nakręcała, może babcia wyszła. Tylko babcia praktycznie nie wychodziła sama, zwłaszcza gdy było ślisko.

Pojechałam tam taksówką. Pani Irena czekała na klatce w kapciach i swetrze narzuconym na koszulę nocną. Tata dotarł może piętnaście minut po mnie, blady, zły głównie na siebie, choć wtedy jeszcze tego nie powiedział.

Babcia nie otwierała. Słychać było telewizor, jakiś teleturniej. Tata miał zapasowy klucz, ale zamek był zamknięty od środka na drugi zamek. Zadzwoniliśmy po 112. Strasznie długo czekaliśmy, choć pewnie w rzeczywistości nie było to aż tak długo.

Kiedy strażacy weszli do mieszkania, nie pozwolili mi od razu iść za nimi. Stałam na korytarzu i patrzyłam na drzwi sąsiadów. Ktoś uchylił wizjer, potem go zamknął. Pamiętam to absurdalnie dokładnie.

Babcia leżała w przedpokoju, między szafką na buty a pokojem. Upadła, idąc chyba do łazienki. Miała stłuczony biodro i była bardzo odwodniona. Nie straciła przytomności, ale nie mogła się podnieść ani dosięgnąć telefonu, który został w kuchni. Powiedziała później, że leżała „od rana”. Lekarz w szpitalu powiedział tacie, że mogło być dłużej. Nie wiem, czy babcia nie pamiętała, czy nie chciała nas dodatkowo martwić.

W karetce próbowała przepraszać.

– Narobiłam wam tylko zamieszania – powtarzała cicho.

Tata siedział obok niej i trzymał ją za rękę. Nie płakał, ale miał taką twarz, jakiej u niego nigdy nie widziałam. Powiedział tylko:

– Mamo, przestań.

Przez pierwsze dni po tym wszystkim wszyscy rzucili się do działania, jakbyśmy mogli nadrobić kilka miesięcy w jeden weekend. Mama wyprała firanki i wyrzuciła zepsute jedzenie. Ja z chłopakiem skręciliśmy krzesełko pod prysznic, choć babcia twierdziła, że wygląda „jak w sanatorium dla staruszków”. Tata załatwiał rehabilitację i próbował się dowiedzieć w MOPS-ie, czy przysługuje jej opiekunka, ale terminy i formalności od razu nas przygniotły.

Tylko że po dwóch tygodniach każdy musiał wrócić do swojego życia. Tata do pracy, mama do swoich zmian w aptece, ja do zaległych zadań. I wtedy zaczęły się kłótnie, może nawet większe niż przed upadkiem.

Tata chciał, żeby babcia zamieszkała u nich. Mama nie powiedziała otwarcie „nie”, ale ich mieszkanie ma dwa pokoje, a ona opiekuje się jeszcze swoją matką w weekendy. Ja zaproponowałam, żebyśmy wynajęli babci mieszkanie bliżej mnie, na parterze, ale babcia od razu się rozpłakała. Powiedziała, że z tego mieszkania wynosili dziadka i że nie zostawi tam jego rzeczy tak, jakby nigdy go nie było.

W końcu ustaliliśmy grafik. Tata jeździ rano co drugi dzień przed pracą. Ja robię zakupy i wpadam trzy razy w tygodniu po pracy. Pani Irena zgodziła się czasem zapukać, ale było mi głupio ją o to prosić. Załatwiliśmy też sąsiadowi z parteru numer do taty, na wszelki wypadek.

Babcia wróciła ze szpitala przed Bożym Narodzeniem. Nadal mówi, że przesadzamy. Nadal próbuje sama wynosić śmieci, mimo że ma zakaz dźwigania. Czasem specjalnie nie odbiera telefonu, bo wie, że wtedy przyjadę i będzie miała towarzystwo. Złości mnie to, ale już nie udaję, że nie rozumiem dlaczego.

Wczoraj siedziałam u niej przy stole. Obierała mandarynki bardzo powoli, a radio grało kolędy, choć jest dopiero początek grudnia. Nagle powiedziała:

– Dziadek zawsze wiedział, kiedy mi się kończy herbata.

Nie odpowiedziałam od razu. Poszłam tylko do kuchni i zobaczyłam, że rzeczywiście została jej jedna torebka w pudełku.

Dzisiaj po pracy mam kupić herbatę, leki i nowe baterie do telefonu. Tata mówi, że zamówi też przycisk alarmowy dla seniorów. Babcia na pewno będzie protestować. A ja chyba pierwszy raz nie zamierzam odpuszczać, nawet jeśli znowu powie, że robię z niej nie wiadomo kogo.