Pojechałam na wakacje z mężem i teściami. Mieliśmy dzielić koszty po równo, a skończyłam jako kucharka, sprzątaczka i bankomat
„Nie przesadzaj, przecież nikt cię do niczego nie zmusza” – to usłyszałam od męża, kiedy trzeci raz wróciłam ze sklepu z pełnymi siatkami, a jego rodzice siedzieli już na tarasie po śniadaniu, które też wcześniej zrobiłam ja.
Do dziś mnie to trzyma, bo ten wyjazd miał wyglądać zupełnie inaczej. Pojechaliśmy nad polskie morze, do wynajętego domku. Ustaliliśmy jeszcze w domu, że koszty dzielimy sprawiedliwie, a na miejscu każdy coś robi. Nawet specjalnie dopytałam, bo nie chciałam sytuacji, że ja z automatu będę „ogarniać”. Mąż powiedział: „Spokojnie, przecież jedziemy odpocząć, nie będziesz nikomu służyć”.
Pierwszy dzień był normalny. Drugiego rano teściowa rzuciła: „To może zrobisz jajecznicę dla wszystkich, bo ty najszybciej się krzątasz”. Zrobiłam. Potem teść powiedział, że chleba mało, więc poszłam do sklepu. Kupiłam też wędlinę, warzywa, wodę, kawę. Zapłaciłam kartą, bo akurat stałam przy kasie. Pomyślałam, że potem się rozliczymy.
Tylko że „potem” nie przychodziło. Każdy kolejny dzień wyglądał podobnie. Rano śniadanie. Potem pytania: „A co dziś zjemy?”, „Może byś zrobiła pomidorową, bo wszystkim smakuje”, „Trzeba puścić pranie ręczników”, „Podłogę by się przydało zamieść, bo pełno piachu”. Niby nikt nie mówił tego wprost rozkazującym tonem, ale wszystko leciało do mnie. Mąż? Albo spał dłużej, albo szedł z ojcem po piwo, albo „na chwilę” na plażę.
Ja też jestem sobie winna, bo na początku nic nie mówiłam. Chciałam być miła, nie robić napięcia, zwłaszcza że to był pierwszy dłuższy wyjazd z jego rodzicami. Jak teściowa mówiła: „Ty to tak dobrze organizujesz”, to zamiast powiedzieć, że mam dość, brałam kolejną rzecz na siebie. Nawet jak poszliśmy wszyscy na smażoną rybę i gofry, to dwa razy płaciłam ja, bo „potem sobie przeliczymy”.
Zaczęłam zapisywać wydatki w notatkach w telefonie. Po tygodniu wyszło ponad 1200 zł z mojej kieszeni. Jedzenie do domku, wspólne lody, parking, bilety na rejs po porcie, nawet środki czystości, bo w domku brakowało worków i płynu do naczyń. Mąż widział te zakupy, nosił torby z samochodu, więc nie było tak, że robiłam coś po cichu.
Punktem zapalnym był przedostatni dzień. Wstałam rano i usiadłam z kawą. Po prostu siedziałam. Teściowa po chwili: „Nie robimy śniadania?”. Powiedziałam spokojnie: „Ja dziś nie robię. Możemy zrobić razem albo każdy sobie coś ogarnie”. Cisza. Teść mruknął coś, że „za naszych czasów kobiety nie robiły z takich rzeczy problemu”. Mąż się zaśmiał i mówi: „Dobra, nie spinajmy się na wakacjach”.
Wtedy powiedziałam, że to nie chodzi tylko o śniadanie, tylko o cały wyjazd. Że miało być po równo, a ja gotuję, sprzątam i jeszcze za większość płacę. I że wieczorem chcę normalnie usiąść i się rozliczyć.
Teściowa od razu: „Naprawdę będziemy teraz liczyć każdy paragon?”. Odpowiedziałam, że nie każdy paragon, tylko wspólne koszty, bo tak się umawialiśmy. Teść stwierdził, że „głupio tak z rodziną”. A mąż przy wszystkich powiedział: „Przecież to tylko kilka zakupów, nie warto się ośmieszać kłótnią o pieniądze”.
To mnie najbardziej zabolało. Nie dlatego, że chodziło o samą kwotę, tylko dlatego, że zrobił ze mnie sknerę i problematyczną osobę. Powiedziałam mu, że gdyby to on codziennie latał do Żabki i Biedronki, gotował dla czterech osób i płacił za atrakcje, to też by inaczej gadał. Na to usłyszałam od teściowej: „Nikt ci nie kazał tyle kupować”. I tu mnie zatkało, bo wiele rzeczy brałam dlatego, że oni sami mówili, że czegoś brakuje albo na coś mają ochotę.
Wieczorem była jeszcze jedna rozmowa już w naszym pokoju. Mąż powiedział, że wybrałam najgorszy moment, że jego rodzice są starsi, że trzeba trochę odpuścić i że on nie będzie „ciągał” od nich pieniędzy za wakacje. Ja mu powiedziałam, że gdyby uprzedził mnie przed wyjazdem, że mam sponsorować część pobytu i przy okazji obsługiwać wszystkich, to bym po prostu nie pojechała. On stwierdził, że przesadzam i szukam dowodu, że jego rodzina mnie nie lubi.
Może rzeczywiście za długo milczałam i sama przyzwyczaiłam wszystkich, że wszystko zrobię. Może niepotrzebnie płaciłam od razu za wspólne rzeczy zamiast od początku mówić: „składamy się teraz”. Ale z drugiej strony naprawdę nie uważam, że w małżeństwie partner ma stać z boku, kiedy jego żona na wyjeździe z jego rodzicami robi za darmową pomoc domową.
Po powrocie temat ucichł, pieniędzy nikt mi nie oddał, a ja nie umiem już udawać, że chodziło tylko o „kilka zakupów”. Bardziej siedzi mi w głowie to, że mój mąż uznał ten układ za normalny. Ciekawa jestem, jak wy byście to widzieli na moim miejscu, bo może ja już naprawdę nie umiem na to spojrzeć spokojnie.