„Jak mam jeszcze udowodnić, że jestem waszą córką?” — po tych słowach odłożyłam telefon i pierwszy raz naprawdę pomyślałam, żeby całkiem odciąć się od własnej rodziny
„To może w tym roku w ogóle nie przyjeżdżaj, skoro znowu wszystko ci przeszkadza” — usłyszałam od matki przez telefon. A po chwili ojciec w tle: „Zawsze tylko problem z tobą”.
I najgorsze jest to, że ta rozmowa zaczęła się całkiem normalnie. Zadzwoniłam tylko powiedzieć, że na Wigilię przyjadę później, bo mam dyżur w aptece do 14, a potem jeszcze muszę odebrać syna od byłego męża. Myślałam, że to zwykłe ustalenia. U nas nigdy nie było bliskości, ale zawsze próbowałam utrzymać jakiś kontakt. Tylko że z każdym rokiem coraz bardziej mam wrażenie, że cokolwiek zrobię, i tak będzie źle.
Matka od razu westchnęła.
— Oczywiście. Twoja siostra jakoś potrafi wszystko zorganizować.
— Ale ja naprawdę pracuję, nie wymyślam tego — powiedziałam.
— Każdy pracuje. Nie jesteś jedyna.
To jest dokładnie ten ton, który znam od dziecka. Niby nic strasznego, żadne wyzwiska, ale po każdej rozmowie czuję się jak ktoś gorszy, niewdzięczny, niewystarczający. Jakbym całe życie miała zdawać jakiś egzamin z bycia córką i ciągle oblewała.
Tylko uczciwie: ja też nie jestem bez winy. Przez lata przyjeżdżałam do nich z zaciśniętymi zębami, potem wracałam do domu i przez tydzień płakałam albo obgadywałam ich przed mężem, a teraz już byłym mężem. Nigdy niczego nie stawiałam jasno. Raz się zgadzałam, raz obrażałam, raz nie odbierałam telefonu przez trzy dni. Oni pewnie też widzą mnie jako osobę wiecznie niezadowoloną i robiącą problemy.
Ale wszystko wylało się miesiąc temu, kiedy trafiłam do szpitala na dwa dni z silnym bólem brzucha. Nic groźnego, skończyło się na badaniach i obserwacji. Napisałam do rodziców, że jestem na SOR-ze, bo było mi zwyczajnie przykro siedzieć tam samej. Matka odpisała po trzech godzinach: „Daj znać, co z obiadem u babci w niedzielę, bo muszę wiedzieć, ile robić kotletów”. Ojciec nie odezwał się wcale. Za to siostra napisała od razu, ale też bardziej praktycznie: „Masz kto odebrać małego z przedszkola?”
Wiem, że ludzie różnie okazują troskę. Wiem też, że nie każdy umie pisać czułe wiadomości. Tylko że ja wtedy naprawdę potrzebowałam jednego zdania: „Jak się czujesz?”. I zrozumiałam, że od lat czekam na coś, czego oni chyba po prostu nie potrafią dać.
A potem sama zrobiłam coś głupiego. Na imieninach babci, przy stole, rzuciłam pół żartem, pół serio:
— Spokojnie, jak kiedyś wyląduję w szpitalu na dłużej, to i tak nikt tego nie zauważy.
Zapadła cisza. Matka się spieniła.
— Teraz będziesz robić z nas potwory?
Ojciec odsunął talerz i powiedział:
— Zawsze musisz wszystkich ustawić pod siebie.
Zamiast powiedzieć normalnie, o co mi chodzi, dowaliłam im przy wszystkich. Babci zrobiło się przykro, siostra potem napisała, że zachowałam się jak nastolatka. I chyba miała rację. Tylko od tamtej pory już wszystko jest jeszcze gorsze.
Rodzice dzwonią, ale tylko kiedy czegoś potrzebują. Żebym zamówiła receptę przez IKP dla ojca, bo „ty umiesz te internety”. Żebym sprawdziła terminy do poradni na NFZ. Żebym przyszła posiedzieć z babcią, bo matka jedzie do lekarza. Kiedy odmawiam, słyszę:
— Na obcych byś miała czas.
Albo:
— Rodzina jest tylko wtedy, kiedy trzeba pomóc?
A kiedy pomagam, też jest źle, bo „mogłam przyjść wcześniej”, „nie trzeba było kupować takich drogich rzeczy”, „dziecko źle ubrane”, „znowu schudłaś, wyglądasz niezdrowo”, „mogłabyś częściej dzwonić”. Ja po każdej takiej wizycie czuję się jak ścierka. I jednocześnie mam wyrzuty sumienia, bo oni są starsi, ojciec po zawale, matka zmęczona opieką nad babcią. Rozumiem, że też im ciężko. Naprawdę rozumiem. Tylko czy to znaczy, że mam przyjmować wszystko bez końca?
Ostatnia kłótnia była wczoraj. Zadzwoniła matka i powiedziała:
— W sobotę przyjdź, umyjesz okna u babci, bo ja już nie mam siły.
Powiedziałam, że nie dam rady, bo mam syna i w końcu jeden wolny weekend.
— No tak, odpoczynek najważniejszy.
— Mamo, ja też jestem zmęczona.
— Ty zawsze jesteś zmęczona. Jak trzeba było cię ciągnąć całe życie, to było dobrze.
I wtedy coś we mnie pękło. Powiedziałam:
— Ja już nie chcę z tobą rozmawiać, jeśli za każdym razem mam słuchać, jaka jestem beznadziejna.
A ona na to:
— To nie rozmawiaj. Tylko potem nie płacz, że nie masz rodziny.
Siedziałam z tym telefonem w ręku i pierwszy raz pomyślałam serio, żeby uciąć kontakt całkowicie. Nie na tydzień obrazy, tylko naprawdę. Tylko że zaraz przyszła druga myśl: a co z ojcem, z babcią, z poczuciem obowiązku? I czy ja nie robię z siebie ofiary, skoro sama przez lata nie umiałam powiedzieć prostego „nie” bez pretensji i wybuchów?
Mam 38 lat i wciąż po rozmowie z własną matką czuję się jak mała dziewczynka, która znowu nie zasłużyła na aprobatę. A jednocześnie wiem, że ciągle czekam na jakieś potwierdzenie, którego może nigdy nie dostanę. I chyba najbardziej boli właśnie to.
Nie wiem, czy całkowite odcięcie to jedyne wyjście, czy da się jeszcze postawić granice tak, żeby samemu nie zwariować. Jak wy byście to widzieli na moim miejscu?