Wróciłam ze szpitala, a w moim mieszkaniu mieszkali rodzice mojej synowej
Do dziś pamiętam, że najbardziej ucieszył mnie wtedy zapach własnego płynu do podłóg na klatce schodowej. Głupie, wiem. Po prawie trzech tygodniach w szpitalu człowiek cieszy się z rzeczy, których wcześniej nawet nie zauważał. Z operacji wyszłam dobrze, lekarz wypisał mnie z zaleceniem oszczędzania się, a moja siostra Ela przywiozła mnie pod blok i jeszcze chciała wejść ze mną na górę.
Powiedziałam, że dam sobie radę. Mam sześćdziesiąt osiem lat, nie dziewięćdziesiąt. Bolało mnie, byłam słaba, ale marzyłam tylko o herbacie w moim kubku i o tym, żeby położyć się we własnej pościeli.
Drzwi otworzyły się od razu, zanim zdążyłam wyjąć klucz.
Stanęła w nich matka mojej synowej, pani Irena. Miała na sobie mój granatowy fartuch kuchenny w małe białe kropki. Ten, który dostałam kiedyś od koleżanki z pracy na emeryturę.
– Ojej, pani Halinko, już pani jest? Tomek mówił, że raczej po południu – powiedziała i cofnęła się do środka.
Najpierw pomyślałam, że przyszła pomóc. Że może Anka, moja synowa, poprosiła rodziców, żeby przygotowali mi obiad. W salonie jednak zobaczyłam rozłożoną kanapę, dwa duże walizki przy komodzie i suszarkę z damską bielizną przy balkonie.
Mój fotel stał pod oknem, odsunięty tak, że ledwo dało się przejść. Na stole leżały gazety, okulary pana Zdzisława i talerz z obranymi ziemniakami.
– Co tu się dzieje? – zapytałam. Nawet nie głośno. Po prostu naprawdę nie rozumiałam.
Pani Irena odłożyła nóż.
– No… Tomek z Anią nie mieli gdzie nas dać. U nich przecież kawalerka, a u nas w mieszkaniu jest remont po zalaniu. Tylko na jakiś czas. Tomek mówił, że pani wie.
Nie wiedziałam.
Mój syn zadzwonił do mnie dwa razy, kiedy leżałam na oddziale. Raz pytał, czy czegoś potrzebuję, a drugi raz narzekał, że właściciel ich mieszkania podnosi czynsz. Nie powiedział ani słowa o tym, że wprowadza do mojego mieszkania obcych dla mnie w gruncie rzeczy ludzi.
Pan Zdzisław wyszedł z łazienki. W ręku trzymał moją szczoteczkę do włosów. Nie wiem, czy jej używał, czy tylko przesuwał rzeczy z półki, ale od tego widoku zrobiło mi się niedobrze.
– Dzień dobry, pani Halino. No, ciasno, ale jakoś się człowiek musi ratować – powiedział, jakbyśmy spotkali się w kolejce do lekarza.
Miałam ochotę powiedzieć, że to nie jest noclegownia. Że ja wróciłam po operacji i sama potrzebuję miejsca, ciszy, normalności. Ale stałam w przedpokoju z torbą, w której miałam wypis, leki przeciwbólowe i kapcie, i nagle poczułam się jak ktoś, kto przyszedł nie w porę.
Pani Irena zaprowadziła mnie do sypialni.
– Tu pani wszystko przenieśliśmy, żeby miała pani spokojnie. W salonie śpimy my, bo tam jest rozkładana kanapa. Kuchnią się jakoś podzielimy.
„Wszystko przenieśliśmy” oznaczało, że moje dokumenty z szuflady w komodzie były w kartonie pod łóżkiem, kosmetyki stały w plastikowym koszyku, a na stoliku nocnym piętrzyły się rzeczy, które wcześniej miały swoje miejsce w całym mieszkaniu. Nawet radio z kuchni wstawili mi na szafę.
Zadzwoniłam do Tomka. Nie odebrał. Napisałam tylko: „Oddzwoń natychmiast”.
Odpisał po godzinie: „Mamo, spokojnie. To rodzice Ani, nie jacyś obcy. Pogadamy wieczorem.”
Wieczorem przyjechał z Anką. Przynieśli zakupy, siatkę z lekami i bukiet tulipanów, jakby to miało załatwić sprawę. Tomek od progu mówił ciszej niż zwykle, tym swoim tonem, którego używa, kiedy wie, że zrobił coś głupiego, ale chce, żebym sama uznała, że nie ma o czym mówić.
– Mamo, oni naprawdę nie mieli gdzie pójść. Remont miał trwać dwa tygodnie, a wyszło, że trzeba kuć pół łazienki. U nas nie ma nawet gdzie materaca rozłożyć. Myśleliśmy, że to będzie dla ciebie bez problemu.
– Dla mnie? Wróciłam dzisiaj ze szpitala. Do mieszkania, w którym ktoś grzebał w moich rzeczach.
Anka zaraz się rozpłakała. Powiedziała, że jej rodzice są po siedemdziesiątce, że nie mogła ich zostawić samych w mieszkaniu bez łazienki, że Tomek zapewniał ją, iż „mama na pewno się zgodzi”. I w tym momencie zobaczyłam, że ona też nie przyszła mnie przepraszać. Przyszła bronić decyzji, którą podjęli za mnie.
Tomek westchnął.
– Jesteś trochę zbyt surowa. Przecież nikt ci krzywdy nie robi. To chwilowe.
To zdanie zabolało chyba najbardziej. Nie dlatego, że było straszne. Właśnie dlatego, że powiedział je tak zwyczajnie.
Przez kolejne dni próbowałam jakoś funkcjonować. Rano czekałam, aż pan Zdzisław skończy w łazience. Pani Irena gotowała rosół w moim największym garnku i pytała, czy wolę więcej marchewki, ale kiedy powiedziałam, że muszę odpocząć, odpowiadała: „No przecież pani ma sypialnię”. Jakby reszta mieszkania przestała mnie dotyczyć.
Włączyli telewizor od siódmej rano. W kuchni stale coś skwierczało albo kapało z kranu, bo pan Zdzisław uparł się, że sam naprawi uszczelkę. Dwa razy znalazłam swoje ręczniki użyte do wycierania naczyń. Niby drobiazgi. Tylko że po tych wszystkich dniach drobiazgi zaczęły mi się zbierać w gardle.
Tomek przestał odbierać telefon. Pisał: „Jestem w pracy”, „Oddzwonię”, „Nie nakręcaj się”. Ani razu nie oddzwonił.
W piątek rano wzięłam małą torbę i pojechałam do Eli. Powiedziałam pani Irenie, że muszę zmienić opatrunek i zostanę u siostry na weekend. Nawet odetchnęła z ulgą. Może sobie to wymyśliłam, ale tak to odebrałam.
U Eli spałam dwanaście godzin. Potem siedziałyśmy w kuchni, piłyśmy kawę rozpuszczalną i patrzyłyśmy na jej balkon, na którym rosły jakieś mizerne pelargonie. Powtarzałam, że chyba przesadzam. Ela nie mówiła od razu, że mam rację. Zna mnie. Wie, że potrafię być uparta i że czasem mówię za ostro.
W końcu powiedziała:
– Mogłaś im pomóc. Ale oni powinni byli zapytać. To są dwie różne rzeczy.
W niedzielę wróciłam. Nie zadzwoniłam wcześniej. Kupiłam po drodze segregator, kilka worków na rzeczy i nowe etykiety do kluczy. Sama nie wiem po co, chyba potrzebowałam zrobić coś konkretnego rękami.
Tomek był akurat w mieszkaniu. Widocznie Anka wreszcie go przycisnęła albo sam zrozumiał, że nie odpuszczę. Usiedliśmy wszyscy w salonie. Pani Irena trzymała kubek oburącz, pan Zdzisław patrzył w podłogę.
Powiedziałam, że nie wyrzucę ich z dnia na dzień. Remont to nie ich wina, a ja nie chcę nikogo zostawiać bez dachu nad głową. Ale od tego dnia kuchnia, łazienka i salon mają działać na moich zasadach. Moje rzeczy wracają na miejsce. Nikt nie wchodzi do sypialni. A Tomek ma mi podać konkretną datę, do kiedy jego teściowie znajdą inne rozwiązanie albo wrócą do siebie.
– Czyli ich wyganiasz – rzucił.
– Nie. Przestaję udawać, że to nie jest moje mieszkanie.
Zapadła cisza. Taka niezręczna, zwykła, bez żadnego filmowego końca. Pan Zdzisław powiedział po chwili, że hydraulik obiecał skończyć prace za dziesięć dni. Pani Irena skinęła głową i zaczęła płakać bardzo cicho. Tomek wyszedł na balkon, zadzwonił do kogoś i długo mówił półgłosem.
Wieczorem przesunęliśmy z powrotem mój fotel. Nie wszystko wróciło na miejsce, bo nadal mieszkamy tu w czwórkę, tylko już nikt nie mówi, że to „bez problemu”. Tomek przyjechał wczoraj i naprawił ten kran, którego jego teść nie naprawił.
Przed wyjściem zostawił mi na stole zapasowy klucz i powiedział, że Anka uważa, że powinni go oddać. Odpowiedziałam, że nie chodzi o klucz.
Nie zaprzeczył. Tylko włożył ręce do kieszeni i zapytał, czy mam jeszcze tabletki przeciwbólowe.