Kiedy siostra podziękowała wszystkim na Facebooku, a ja siedziałem obok mamy z zimną herbatą
Najgorsze było to, że pod postem mojej siostry kliknąłem „Lubię to”. Automatycznie, bez zastanowienia. Dopiero po chwili przeczytałem całość i zrobiło mi się głupio, jakbym sam potwierdził wersję, w której mnie nie ma.
„Od pół roku walczę o zdrowie mamy. Dziękuję wszystkim, którzy są ze mną, za każde dobre słowo, wpłatę i udostępnienie. Nie poddajemy się”.
Pod spodem było zdjęcie mamy z rehabilitacji. Uśmiechała się trochę krzywo, bo po udarze lewa strona twarzy jeszcze nie wróciła do siebie. Obok niej stała Anka, moja starsza siostra, w beżowym płaszczu. Zdjęcie zrobiono akurat w sobotę, kiedy przyjechała z Warszawy na dwa dni.
Komentarze leciały jeden za drugim. „Ania, jesteś niesamowita”. „Taka córka to skarb”. „Podziwiam twoją siłę”. Nawet ciotka Irena, która od lat nie pamięta, ile mam lat, napisała, że Anka ma wielkie serce.
Ja siedziałem wtedy w kuchni mamy w Płocku. Na stole leżały skierowania, rachunek za leki, lista ćwiczeń od fizjoterapeutki i mój kubek z herbatą, już zimną. Za pół godziny miałem pomóc mamie przejść do łazienki, a potem zrobić jej kolację. W lodówce była ugotowana przeze mnie zupa ogórkowa na dwa dni, bo mama ostatnio powiedziała, że wszystko smakuje jej „jak karton”, ale ogórkową jeszcze jest w stanie zjeść.
Nie chodzi o to, że Anka nic nie robiła. Robiła. Założyła zbiórkę, dzwoniła po lekarzach, wyszukała prywatną rehabilitację, czasem opłacała wizyty. Zarabia więcej ode mnie, pracuje w jakiejś firmie od marketingu i zawsze umie rozmawiać z ludźmi tak, że chcą jej pomóc. Ja jestem magazynierem w hurtowni budowlanej. Nie umiem pisać wzruszających postów. Umiem za to podnieść mamę z łóżka tak, żeby nie bolało jej ramię, wykłócić się w rejestracji o wcześniejszy termin i pamiętać, że tabletki wieczorne są w niebieskim pudełku, a nie w zielonym.
Przez pierwsze miesiące jakoś to działało. Mieszkam dziesięć minut autobusem od mamy, więc po pracy jeździłem do niej prawie codziennie. W weekendy robiłem zakupy, pranie, ogarniałem mieszkanie. Czasem przyjeżdżała pani z opieki, ale tylko na krótko i różnie z tym bywało. Mama nie chciała nikogo obcego. Mówiła: „Ty i tak wiesz, gdzie co leży”.
A ja mówiłem: „No wiem”.
Bo co miałem powiedzieć? Że nie wiem już, kiedy ostatnio po pracy poszedłem prosto do siebie? Że moja dziewczyna, Magda, przestała pytać, czy przyjadę na kolację, tylko pisała: „Jak będziesz miał siłę, daj znać”? Że zacząłem zasypiać w dresie, żeby rano nie tracić czasu na przebieranie się?
Z Anką nie kłóciłem się. Miała swoje argumenty. Mieszka daleko, ma kredyt, dziecko w podstawówce, pracę, z której nie może po prostu zniknąć. To wszystko prawda. Tylko że kiedy mama dzwoniła o 22.40, bo nie mogła znaleźć pilota albo przestraszyła się, że znowu drętwieje jej ręka, nie wybierała numeru do Anki. Wybierała mój.
Pod tym postem napisałem tylko: „Mama jest dzielna”. I zaraz skasowałem, bo zabrzmiało tak, jakbym się dopominał o medal.
Wieczorem Anka zadzwoniła podekscytowana. Zbiórka ruszyła, ktoś udostępnił ją na lokalnej grupie, może starczy na kolejne turnusy. Mówiła szybko, jak zwykle, i na końcu rzuciła:
– Jutro możesz zawieźć mamę na jedenastą? Bo zadzwonili z tej poradni, pamiętasz?
Pamiętałem. Miałem wtedy zmianę od szóstej do czternastej.
– Nie mogę jutro – powiedziałem.
Po drugiej stronie zrobiła się cisza.
– Jak to nie możesz?
– Normalnie. Jestem w pracy.
– Tomek, no przecież mama ma termin.
– Wiem. Ale ja też mam pracę.
Powiedziałem to ostrzej, niż chciałem. Anka od razu przeszła na ten swój spokojny ton, od którego jeszcze bardziej człowiek czuje się jak awanturnik.
– Nikt ci nie mówi, że nie masz pracy. Po prostu trzeba to jakoś załatwić.
– To załatw.
Od razu pożałowałem. Nie dlatego, że to było nieprawdziwe. Tylko usłyszałem w tle głos mojej mamy, pytającej, z kim Anka rozmawia. I wyobraziłem sobie, że zaraz będzie jej przykro, że dzieci się przez nią żrą.
Anka znalazła transport sanitarny, zapłaciła za niego ze zbiórki. Potem przez dwa dni prawie się nie odzywaliśmy. Mama zadzwoniła do mnie i powiedziała ostrożnie:
– Ania mówiła, że jesteś zmęczony.
– Jestem.
– Wszyscy jesteśmy, synku.
To zdanie mnie dobiło. Bo niby było łagodne, a ja usłyszałem w nim: nie rób problemu, wytrzymaj jeszcze trochę.
W niedzielę pojechałem do mamy jak zawsze. Zawiozłem jej zakupy, zmieniłem pościel, skręciłem poluzowaną nogę od stołu. Wszystko robiłem wolniej niż zwykle. Mama zauważyła.
– Obraziłeś się na Ankę?
– Nie.
– To o co chodzi?
Długo stałem przy zlewie i myłem kubek, który był już czysty.
– O nic konkretnego. Tylko czasem mam wrażenie, że jestem tu od rzeczy, których nikt nie zauważa.
Mama nie odpowiedziała od razu. Potem powiedziała, że zauważa. Że beze mnie by sobie nie poradziła. Tylko mówiła to cicho i patrzyła gdzieś w okno, jakby bała się, że ja zaraz każę jej radzić sobie samej.
Nie kazałem. I może właśnie w tym jest problem.
Od tamtej rozmowy Anka zrobiła wspólny kalendarz w telefonie. Wpisała terminy, zakupy, rehabilitację, nawet godziny leków. Niby dobrze. Tylko w tym kalendarzu przy większości rzeczy i tak widnieje moje imię. Czasem Anka dzwoni i pyta, czy dam radę. Coraz częściej odpowiadam, że nie wiem, zamiast od razu mówić „jasne”.
Dzisiaj wieczorem mama ma wizytę u neurologa. Anka zamówiła transport, a ja mam przyjechać dopiero po pracy. Magda zaproponowała, żebym został u niej na noc. Powiedziałem, że spróbuję.
Pierwszy raz od wielu miesięcy nie obiecałem nikomu, że na pewno będę tam, gdzie mnie potrzebują.