Mąż wyprowadził się do chorej matki i zostawił mnie z naszym domem

Najgorsze nie było nawet to, że Marek zabrał z szafy kilka koszul, ładowarkę i szczoteczkę do zębów. Najgorsze było to, że zrobił to spokojnie, prawie odruchowo, jakby szykował się na delegację. Powiedział tylko, że pobędzie u mamy parę dni, dopóki nie dojdzie do siebie po wyjściu ze szpitala.

To było w listopadzie, dwa lata temu. Halina miała wtedy problemy z sercem, lekarz zalecił jej oszczędzający tryb życia, kontrolę leków i żeby nie zostawała sama, przynajmniej na początku. Nie kwestionowałam tego. Sama zawiozłam Marka do apteki po ciśnieniomierz, a potem ugotowałam duży gar rosołu, który zawiózł do niej na drugi koniec miasta.

Tylko że te „parę dni” zaczęło się rozciągać.

Najpierw Marek nocował u niej od poniedziałku do piątku i wracał do nas na weekend. Potem również w soboty „wpadał” do niej rano, bo trzeba było zrobić zakupy, odebrać receptę, umyć okna albo skręcić poluzowaną szafkę. W niedzielę siedział z nami przy stole, ale co chwilę patrzył w telefon. Gdy dzwoniła jego mama, odbierał nawet w połowie obiadu.

– Mamo, ale ja jestem teraz u siebie – mówił czasem cicho.

A potem słuchał i słuchał, marszcząc czoło.

Nie słyszałam, co ona mówi. Raz tylko usłyszałam jej podniesiony głos z głośnika: „No dobrze, synu, jak masz ważniejsze sprawy”. Marek od razu wstał od stołu i poszedł do przedpokoju.

Mamy z Markiem córkę, Zosię. Wtedy miała jedenaście lat. Bardzo przeżyła, że tata przestał odprowadzać ją na basen. Na początku mówiłam jej, że babcia jest chora i że trzeba pomóc. Sama w to wierzyłam. Zosia robiła laurki, nagrywała wiadomości głosowe dla babci. Halina rzadko odpowiadała. Gdy już odpowiadała, mówiła przez Marka, że jest zmęczona.

Po trzech miesiącach zaproponowałam coś, co wydawało mi się normalne: wynajmiemy opiekunkę na kilka godzin dziennie albo poszukamy kogoś z polecenia. Marek dobrze zarabia, ja pracuję w księgowości w małej firmie i też nie narzekamy. Nie chodziło o to, żeby zostawić jego mamę obcej osobie na cały dzień. Chciałam tylko, żeby nie musiał tam mieszkać.

Marek popatrzył na mnie, jakbym powiedziała coś okrutnego.

– Ty nie rozumiesz. Ona się boi zostać sama.

– Rozumiem. Ale my też jesteśmy twoją rodziną.

– I właśnie dlatego muszę to ogarnąć. Nie będę miał potem wyrzutów sumienia, że nie dopilnowałem własnej matki.

To zdanie wraca do mnie do dziś. „Własnej matki”. Jakby Zosia i ja byłyśmy kimś mniej własnym.

Przez długi czas próbowałam być rozsądna. Nie robiłam scen, nie zakazywałam mu jeździć do Haliny. Dzwoniłam do niej, pytałam, czego potrzebuje. Raz przywiozłam jej zakupy i posiedziałam chwilę przy herbacie. Powiedziała mi wtedy, że jest wdzięczna, ale zaraz dodała: „Marek zawsze był taki troskliwy. On nie umie odmówić, zwłaszcza jak widzi, że człowiek cierpi”.

Powiedziała to z takim lekkim uśmiechem, że do dziś nie wiem, czy naprawdę chciała mnie zranić, czy ja już wszędzie tego szukałam.

Fakty są takie, że Halina po kilku miesiącach zaczęła wychodzić na spacery z sąsiadką, jeździć taksówką do przychodni, a nawet pojechała na tydzień do swojej siostry pod Radom. Kiedy jednak Marek wspominał o powrocie do domu, nagle gorzej spała, miała skoki ciśnienia albo „dziwne kłucie”. Nie twierdzę, że udawała. Może naprawdę jej się pogarszało. Tylko jakoś nigdy wtedy, gdy Marek miał już zaplanowany weekend z Zosią albo kiedy my mieliśmy gdzieś wyjechać.

Na naszą piętnastą rocznicę ślubu zarezerwowałam nocleg w Kazimierzu. Nic wielkiego, zwykły pensjonat, kolacja i spacer. Zosia miała zostać u mojej siostry. Marek obiecał, że pojedziemy.

W piątek o szesnastej zadzwonił, że mama źle się czuje i nie może jej zostawić. Ja już stałam z torbą przy drzwiach. Powiedziałam, żeby wezwał pogotowie, jeżeli to coś poważnego. Odparł, że nie przesadzajmy, ona potrzebuje po prostu kogoś przy sobie.

Wtedy pierwszy raz naprawdę krzyknęłam.

– A ja czego potrzebuję, Marek? Zosia czego potrzebuje? Czy my mamy czekać, aż twoja mama pozwoli ci wrócić do własnego życia?

On bardzo się zamknął. Nie kłócił się. Powiedział tylko:

– Nie każ mi wybierać.

I to było chyba najbardziej bolesne, bo ja wcale nie chciałam, żeby wybierał. Chciałam, żeby znalazł rozwiązanie, w którym nie porzuca jednej rodziny, żeby ratować drugą. Ale dla niego każde ograniczenie pomocy mamie brzmiało jak zdrada.

Po tej kłótni przez tydzień prawie się nie odzywaliśmy. Zosia zaczęła zamykać się w pokoju. Pewnego wieczoru zapytała mnie, czy tata się z nami rozwodzi. Powiedziałam, że nie, chociaż nie miałam pewności. Potem poszłam do łazienki i płakałam tak cicho, żeby nie słyszała.

Marek nadal płaci połowę rachunków. Przyjeżdża czasem coś naprawić, zabiera Zosię do kina albo na pizzę. Bywa nawet miły. Ostatnio przywiózł mi moje ulubione drożdżówki z piekarni obok jego pracy, jak dawniej. Usiadł w kuchni, wypił kawę i opowiadał, że mama ma mieć kolejną konsultację u kardiologa.

Patrzyłam na niego i przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz powie: „Dobra, wracam”. Ale on tylko sprawdził godzinę, bo Halina czekała na wieczorne leki.

Dwa tygodnie temu poszłam do prawniczki. Nie po to, żeby od razu składać pozew. Chciałam wiedzieć, jak to wygląda, gdyby jednak przyszło mi podjąć taką decyzję. Wstyd mi było, kiedy mówiłam na głos, że mój mąż mieszka z matką, bo ona jest chora. Brzmiało to tak, jakbym była bez serca.

Prawniczka nie oceniała mnie. Powiedziała tylko, że zanim zrobię cokolwiek formalnie, powinnam jasno powiedzieć Markowi, czego oczekuję i ile jeszcze jestem w stanie czekać. Proste, rozsądne słowa. A ja wróciłam do domu i nie umiałam nawet napisać mu wiadomości.

W sobotę ma przyjechać na obiad, bo Zosia kończy dwanaście lat. Kupiłam już tort, taki z malinami, który lubi. Nie wiem, czy usiądziemy normalnie przy stole, czy znowu zadzwoni telefon. Nie wiem też, czy po zdmuchnięciu świeczek powiem Markowi, że umówiłam się z mediatorką.

Na razie w przedpokoju nadal stoją jego kapcie. Nie wyrzuciłam ich. Ale przestałam je przestawiać, kiedy odkurzam.