„Jak mogłaś nie zauważyć wcześniej?” Usłyszałam to od brata, kiedy wyszło na jaw, że mama od miesięcy sobie nie radziła, a ja byłam przekonana, że wszystko kontroluję
„Ty w ogóle wiesz, co się z mamą dzieje?” – brat powiedział mi to przez telefon takim tonem, jakbym specjalnie odwracała wzrok. Zamurowało mnie, bo jeszcze dwa dni wcześniej rozmawiałam z mamą i jak zwykle powiedziała: „Daj spokój, radzę sobie, nie rób ze mnie kaleki”.
Mieszkam z mężem i córką pod Warszawą, mama została sama w Radomiu po śmierci taty. Brat mieszka bliżej niej, jakieś 20 minut autem, ja dojeżdżam w najlepszym razie półtorej godziny, jak nie ma korków. Od dwóch lat żyłam w takim trybie, że wszystko było „na styk”. Praca w biurze rachunkowym, dziecko, kredyt, do tego co weekend zakupy dla mamy, opłacanie rachunków przez bankowość, umawianie wizyt na NFZ, przypominanie o lekach. Wydawało mi się, że skoro to wszystko spinam, to jest w miarę pod kontrolą.
Nie było.
Zadzwoniła do mnie pielęgniarka z przychodni, bo mama nie przyszła drugi raz z rzędu na kontrolę i nie odbierała telefonu. Podała mój numer, bo byłam wpisana jako kontakt. Serce mi stanęło. Dzwonię do mamy – nic. Do brata – nie odbiera. Wsiadłam w auto i pojechałam. Po drodze oddzwonił brat i od razu pretensja: „Teraz ci się przypomniało? Sąsiadka mówiła, że od tygodnia prawie nie wychodzi”.
Jak dojechałam, mama otworzyła po dłuższej chwili. W mieszkaniu zaduch, w lodówce światło, ale prawie pusto. Na stole nieopłacone rachunki, chociaż byłam pewna, że je przelewałam. Mama schudnięta, zła, zawstydzona. Powiedziała tylko: „Nie róbcie ze mnie wariatki”.
Brat przyjechał chwilę później i od progu zaczął: „Mówiłem ci, że to nie jest do ogarnięcia przez telefon”. Też się odpaliłam. „A ty co? Mieszkasz bliżej i jakoś nie zauważyłeś?” I to była prawda, ale nie cała. Bo on faktycznie czasem wpadał, tylko mama go spławiała. A mnie było wygodnie wierzyć, że skoro przez telefon brzmi normalnie, to jest normalnie.
Najgorsze przyszło potem. Poszliśmy przeglądać leki i wyszło, że brała je jak popadnie. Jedne podwójnie, innych wcale. Część recept była niewykupiona. W szufladzie znalazłam ponaglenie z administracji, bo od trzech miesięcy nie był opłacony czynsz. I wtedy brat spojrzał na mnie tak, że do dziś to pamiętam: „Przecież mówiłaś, że ogarniasz rachunki”.
No właśnie. Mówiłam. Tylko że od paru miesięcy byłam tak zajechana, że dwa razy odłożyłam to „na wieczór”, potem coś wyskoczyło z córką, potem w pracy zamknięcie miesiąca, a potem sama już nie pamiętałam, co opłaciłam, a czego nie. Wstyd mi to było przyznać, więc jak brat pytał, odpowiadałam: „Spokojnie, mam to”. Nie miałam.
Usiedliśmy we trójkę w kuchni. Mama płakała i mówiła, że nie chce być dla nikogo ciężarem. Brat mówił, że trzeba załatwić opiekę albo dzienny dom pobytu. Ja od razu: „Mama się nie zgodzi”. Mama oczywiście: „Nigdzie nie pójdę”. I tak odbijaliśmy się od ściany. Każde z nas miało trochę racji i każde coś zawaliło.
Prawda jest też taka, że brat od początku naciskał, żeby załatwić coś formalnie, choćby opiekunkę z MOPS-u na kilka godzin w tygodniu. Ja byłam przeciw. Wydawało mi się, że to będzie dla mamy upokarzające, że obcy ludzie, że jeszcze „co ludzie powiedzą”, że damy radę sami. Tylko to „sami” w praktyce oznaczało głównie telefonowanie i gaszenie pożarów.
Mąż już wcześniej mi mówił: „Nie możesz brać wszystkiego na siebie i udawać, że to działa”. Złościłam się, bo odbierałam to jak brak serca. A on chyba po prostu widział, że ja się sypię. Zawaliłam kilka rzeczy w pracy, córka miała do mnie pretensje, że ciągle siedzę z telefonem, a jak już jechałam do mamy, to wracałam z poczuciem winy, że zaniedbuję dom.
Finalnie brat poszedł z mamą do lekarza rodzinnego, ja ogarnęłam zaległe płatności i zgłosiłam się do ośrodka pomocy społecznej, żeby zapytać, co w ogóle nam przysługuje. Mama się obraziła, że „załatwiamy ją jak staruszkę”. Z drugiej strony sama już nie dawała rady. I chyba to boli najbardziej – że nie ma tu dobrego wyjścia, tylko mniej złe.
Do dziś mam w głowie to, że może gdybym częściej przyjeżdżała, wcześniej powiedziała bratu, że nie wyrabiam, nie upierała się, że damy radę po swojemu, to nie doszłoby do takiego momentu. Ale też nie umiem przyjąć na siebie całej winy. Nie da się być idealną córką, matką, pracownicą i jeszcze pielęgniarką na etat.
Jestem ciekawa, jak wy byście to poukładali, żeby pomóc rodzicowi i jednocześnie samemu się nie rozsypać, bo ja dalej nie wiem, gdzie tu jest granica.