Pożyczyłem szwagrowi pieniądze „na chwilę”, a potem zostałem tym najgorszym. Do dziś nie wiem, czy bardziej boli mnie kasa, czy to, jak łatwo człowiek zostaje sam 😐💔
Powiem od razu: największa awantura nie była o pieniądze, tylko o to, że przestałem udawać, że nic się nie stało.
Dwa lata temu szwagier przyszedł do mnie wieczorem. Normalnie, bez wielkiej pompy. Usiadł w kuchni, żona zrobiła herbatę, dzieciaki oglądały coś w pokoju obok. I on mówi, że ma problem, bo mu rata za busa i ZUS siadły w jednym miesiącu, a jeszcze klient nie zapłacił za robotę. Potrzebował 12 tysięcy „na miesiąc, góra dwa”.
Ja nie jestem żadnym bogaczem. Mam 47 lat, pracuję na utrzymaniu ruchu pod Wrocławiem, zmiany, dyżury, czasem sobota. Te 12 tysięcy to nie były luźne pieniądze z kieszeni. To były odkładane po trochę: trochę z premii, trochę z nadgodzin, trochę z tego, że zamiast jechać nad morze siedzieliśmy z żoną na działce u teściów. Mieliśmy to trzymać na wkład do remontu łazienki i jako poduszkę, bo dziś człowiek zdrowy, a jutro L4 i po zawodach.
Ale z drugiej strony – rodzina. Szwagier nie prosił wcześniej, nie był typem, co wiecznie pożycza. Mówił wprost, bez ściemy. Powiedziałem tylko: „Dobra, ale oddasz do końca wakacji, bo my też mamy swoje plany”. Przytaknął. Nawet sam powiedział: „Jak chcesz, to spiszemy”. I tu pewnie zrobiłem błąd, bo machnąłem ręką. No bo jak to, z rodziną papier?
Przelałem mu pieniądze BLIK-iem i częściowo zwykłym przelewem. Wszystko da się sprawdzić. Przez pierwszy miesiąc cisza, myślę – okej. Potem pytam grzecznie, co i jak. On: „Jeszcze chwila, bo kontrahent dalej wisi”. Potem znowu. Potem już odbierał rzadziej.
Najgorsze było nie to, że nie oddawał od razu. Najgorsze było, że na komunii siostrzenicy siedzimy przy jednym stole, a on opowiada szwagrowi od drugiej strony, że kupili używanego quada dla syna, bo „promocja była, żal było nie brać”. Mnie aż zatkało. Pomyślałem: serio? Ja przekładam remont, liczę rachunki za gaz, a ty quad?
Po imprezie wziąłem go na bok.
– Słuchaj, ja nie chcę robić scen, ale to już nie jest fair.
– Nie przesadzaj – mówi. – Przecież ci oddam.
– To oddaj chociaż część.
– Nie mam teraz z czego.
– A quad?
– Stary, nie będę się z tobą tłumaczył z każdego zakupu.
I wtedy pierwszy raz poczułem, że to nie jest poślizg, tylko robienie ze mnie frajera.
Powiedziałem żonie, że jak do końca miesiąca nie przeleje chociaż 2 tysiące, to napiszę mu oficjalnie wezwanie do zapłaty. Żona od razu w nerwy, że rozwalę rodzinę, że jej siostra się obrazi, że matka będzie płakać. Ja mówię: „A kto rozwala? Ja pożyczyłem i czekam. To chyba normalne, że chcę swoje?”
No i napisałem. Bez prawnika, zwykły mail i SMS, że proszę o harmonogram spłaty, bo inaczej pójdę do sądu. I się zaczęło.
Najpierw telefon od teściowej:
– Naprawdę będziecie się po rodzinie sądzić?
– Mamo, a naprawdę można po rodzinie pożyczyć i udawać, że tematu nie ma?
– Ale on ma ciężko.
– A my lekko?
Potem siostra żony napisała elaborat, że upokorzyłem jej męża, że zachowuję się jak lichwiarz, że w rodzinie trzeba mieć serce. Serce to ja miałem wtedy, jak wysłałem 12 tysięcy bez papieru. Teraz chciałem tylko konkretu.
Żeby było uczciwie – on w końcu zaczął oddawać. Najpierw 500 zł, potem 700, potem dwa miesiące nic. Raz przelał 1500 i dopisał „żebyś spał spokojnie”. To mnie już zagotowało, bo ja nie spałem spokojnie nie przez samą kasę, tylko przez to, że człowiek został postawiony w roli tego złego. Na świętach czuć było atmosferę. Rozmowy cichły, jak wchodziłem do kuchni. Raz usłyszałem od kuzynki żony: „Nie wiedziałam, że jesteś taki formalista”.
Formalista. Fajnie. Jak zawiozłem teściowi pralkę z Olx moim autem, wnosiłem ją na trzecie piętro bez windy, to nie byłem formalista. Jak przez dwa weekendy robiłem u nich panele, żeby nie brać ekipy za 4 tysiące, to było dobrze. Jak trzeba było pożyczyć przyczepkę albo zawieźć kogoś na SOR w nocy, to też byłem od rodziny. Ale jak powiedziałem „oddaj, co pożyczyłeś”, to nagle charakter mi się popsuł.
Nie twierdzę, że on jest jakimś oszustem z góry zaplanowanym. Może naprawdę się zakopał, może głupio mu było, może brnął w unikanie, bo im dłużej zwlekał, tym trudniej było spojrzeć mi w oczy. To też rozumiem. Tylko że z tego rozumienia rachunki mi się same nie zapłaciły. Remont łazienki do dziś odkładamy. Piec nam padł zimą i zamiast wziąć lepszy, brałem tańszy na raty, bo nie chciałem ruszać reszty oszczędności.
Do dziś nie odzyskałem całości. Brakuje 3,8 tysiąca. Niby już nie o samą kwotę chodzi, bo jakoś przeżyłem. Bardziej o to, że od tamtej pory w każdej rodzinnej prośbie mam z tyłu głowy: „A jak znowu wyjdę na frajera albo na potwora?”.
I teraz serio nie wiem. Czy ja przesadziłem, bo od pieniędzy ważniejszy jest spokój w rodzinie? Czy właśnie przez takie „dla świętego spokoju” ludzie potem latami chodzą z żalem i udają, że ufają, choć już nie ufają wcale?