„Przepraszam” usłyszałam za późno. Gdy potrzebowałam pomocy, w przychodni potraktowano mnie jak histeryczkę

„Naprawdę chce pani teraz robić aferę po tylu miesiącach?” – to usłyszałam od kierowniczki przychodni, kiedy przyszłam odebrać dokumentację. I chyba właśnie wtedy pękło we mnie coś drugi raz.

Pierwszy raz pękło kilka miesięcy wcześniej, kiedy siedziałam na krześle pod gabinetem lekarza rodzinnego, spocona, z bólem w klatce i drętwieniem ręki. Nie twierdzę, że byłam idealna. Nie byłam. Przyszłam bez wcześniejszej rejestracji, pod koniec przyjęć, zdenerwowana, po nieprzespanej nocy. W rejestracji od razu usłyszałam:
– Bez terminu pani nie wejdzie.
Powiedziałam, że to nie jest katar i że naprawdę źle się czuję. Pani w okienku nawet na mnie nie spojrzała, tylko:
– Każdy mówi, że to pilne.

Ja też nie zachowałam spokoju.
– To może jak zemdleję, to wtedy będzie pilne? – rzuciłam.
Od razu widziałam po minie, że poszło źle. Za mną stali ludzie, ktoś prychnął, ktoś powiedział, że wszyscy czekają. W końcu pielęgniarka wyszła na korytarz i powiedziała:
– Niech pani usiądzie, jak lekarz znajdzie chwilę, to zajrzy.

Siedziałam tam chyba czterdzieści minut. Nikt nie podszedł. Dwa razy pytałam, czy długo jeszcze, ale słyszałam tylko: „proszę czekać”. Kiedy w końcu weszłam, lekarz nawet nie ukrywał irytacji.
– Takie rzeczy załatwia się normalnie, a nie awanturą na korytarzu.
Powiedziałam, że nie robiłam awantury, tylko próbowałam uzyskać pomoc. Zbadał mnie szybko, osłuchał, zmierzył ciśnienie, powiedział, że to pewnie nerwica albo przemęczenie i dał skierowanie na podstawowe badania.
– Proszę mniej czytać internetu – dodał.

Wyszłam z poczuciem upokorzenia. Najgorsze było to, że sama zaczęłam sobie wmawiać, że może przesadzam. W domu mąż powiedział:
– Jakby było tak źle, to by cię wysłali na SOR.
A ja zamiast pojechać gdzie indziej, położyłam się i próbowałam przeczekać.

Nad ranem było gorzej. To już nie był tylko stres. Pojechałam z mężem do szpitala powiatowego. Nie chcę pisać szczegółów medycznych, ale okazało się, że jednak nie „nerwica” i nie „przemęczenie”. Nie była to jakaś sensacyjna diagnoza z serialu, tylko realny problem, który wymagał szybkiej reakcji i kilku dni w szpitalu. Lekarz dyżurny zapytał mnie wprost:
– I z takim bólem była pani wczoraj w przychodni?
Tak. Byłam.

Po wyjściu ze szpitala długo nie chciałam do tego wracać. Zwolnienie, badania kontrolne, dzieci, dom, zaległości w pracy. Pracuję w biurze rachunkowym, nie na wysokim stanowisku, ale wiadomo, terminy, telefony, klientom PIT sam się nie zrobi. Rodzina też średnio pomogła. Teściowa uważała, że teraz wszyscy od razu chcą składać skargi. Moja mama z kolei:
– Trzeba było od razu jechać na SOR, a nie się prosić.
Łatwo powiedzieć. Człowiek idzie do swojej przychodni właśnie po to, żeby ktoś go ocenił i pokierował.

Napisałam skargę dopiero po czasie. Spokojnie, bez wyzwisk. Opisałam, co się stało, że czułam się zlekceważona i że problemem nie był tylko lekarz, ale całe podejście od rejestracji. Po kilku tygodniach zadzwonili z przychodni, żebym przyszła „wyjaśnić sprawę”. Poszłam, bo chyba jeszcze liczyłam, że ktoś po prostu powie: „To nie powinno tak wyglądać”.

Na spotkaniu była kierowniczka i ten sam lekarz. Kierowniczka zaczęła urzędowym tonem:
– Personel działał pod dużą presją, pacjentów jest bardzo dużo, a pani zachowanie w rejestracji również było niewłaściwe.
Czyli od razu dostałam do zrozumienia, że to rozmowa o winie po obu stronach. I uczciwie: tak, byłam niemiła. Byłam opryskliwa. Ale nie przyszłam tam po konkurs kultury osobistej, tylko po pomoc.
Powiedziałam to. Lekarz chwilę milczał i w końcu powiedział:
– Jeżeli poczuła się pani zlekceważona, to przepraszam.
„Jeżeli”. To słowo mnie uderzyło bardziej niż cała reszta.

Powiedziałam:
– Ja się nie „poczułam”. Ja zostałam zlekceważona.
On od razu sztywno:
– Podejmowałem decyzję na podstawie obrazu klinicznego w tamtym momencie.
Kierowniczka dodała:
– Nie można też oczekiwać, że każdy ból w klatce będzie traktowany jak stan zagrożenia życia.
I może miała rację. Tylko że ja nie oczekiwałam fajerwerków, tylko tego, żeby ktoś naprawdę mnie wysłuchał, może zadał dwa pytania więcej, może nie traktował jak problemu do odesłania.

Najgorsze jest to, że potem lekarz zadzwonił do mnie prywatnie z numeru przychodni. Powiedział spokojniej:
– Wiem, że to dla pani trudne. Mnie też ta sytuacja dała do myślenia. Przepraszam.
I ja słyszałam, że to już było bardziej ludzkie. Bez kierowniczki, bez papierów, bez bronienia placówki. Tylko że we mnie wtedy odezwało się coś bardzo twardego. Odpowiedziałam:
– Dziękuję, ale ja już do pana nie wrócę.
On tylko powiedział:
– Rozumiem.

Od tamtej pory zmieniłam przychodnię, choć to też nie było proste, bo bliżej miałam tamtą, dzieci też były zapisane w tej samej placówce. Mąż uważa, że się zafiksowałam i że skoro przeprosił, to temat powinnam zamknąć. Siostra mówi, że właśnie przez takie „odpuść” nic się w tym kraju nie zmienia. A ja stoję gdzieś pośrodku, bo nie szukam zemsty. Nie chcę nikogo zwalniać, nie latam po kancelariach, nie piszę do telewizji śniadaniowej. Po prostu do dziś mam ścisk w żołądku na myśl, że znowu mam usiąść w poczekalni i przekonywać obcych ludzi, że naprawdę coś mi jest.

I chyba o to mam największy żal. Nie tylko o ten błąd czy złą ocenę sytuacji, ale o to uczucie, że w chwili, kiedy byłam słaba i przestraszona, stałam się dla nich niewidzialna. Tylko jednocześnie wiem, że system też mieli fatalny, ludzi za dużo, czasu za mało, a ja sama weszłam tam już na granicy wybuchu.

Nie wiem, czy jedno szczere „przepraszam” naprawdę powinno wystarczyć, kiedy zaufanie już się rozsypało. Jak wy byście na to patrzyli?