„Przestań go w końcu tak niańczyć” – usłyszałam od męża, kiedy nasz syn zanosił się płaczem u teściowej. Wtedy pękło coś więcej niż tylko moja cierpliwość
„Weź się w garść, nic się nie stało” – powiedział mój mąż do naszego syna, kiedy ten zaczął płakać u teściowej tak, że aż się zanosił. A ja od razu poczułam, że zaraz wybuchnę.
Pojechaliśmy tylko na niedzielny obiad. Taki zwykły, jakich w Polsce tysiące – rosół, schabowe, ciasto, kawa, pytania, czemu tak rzadko przyjeżdżamy. Nasz syn ma pięć lat, jest raczej wrażliwy, potrzebuje chwili, żeby się oswoić. U teściowej nigdy nie czuje się do końca swobodnie, bo tam wszystko jest „uważaj”, „nie ruszaj”, „siedź prosto”, „nie marudź”. I ja to widzę.
Tego dnia zaczęło się od tego, że wylał sok na obrus. To naprawdę była chwila. Teściowa od razu: „No pięknie, zawsze coś”. Niby bez krzyku, ale tym tonem, który każdy zna. Mój syn od razu zamarł, potem zrobiła się ta jego mina, że zaraz polecą łzy. Kucnęłam przy nim i mówię: „Spokojnie, to tylko sok, zaraz wytrzemy”. A mąż zamiast pomóc, rzucił: „Nie przesadzaj, nic mu nie jest. Chłopak musi się nauczyć, że świat się nie kończy od byle czego”.
Syn wtedy rozpłakał się już na dobre. Nie histeria o sok, tylko taki płacz ze stresu. Chciał do mnie na ręce, schował głowę, cały się trząsł. A mąż przy wszystkich: „No i właśnie to robisz. Bierzesz go od razu pod skrzydła i potem mamy efekt”.
Powiedziałam cicho, żebyśmy nie robili tego przy dziecku. Ale on już się nakręcił.
„Bo ile można? W przedszkolu też tak będzie płakał, bo ktoś krzywo spojrzy? W szkole też? Chcesz wychować mimozę?”
Teściowa oczywiście milczała, ale widać było, że zgadza się bardziej z nim niż ze mną. Ja zabrałam syna do drugiego pokoju. Siedziałam z nim na kanapie, przytulałam go i próbowałam uspokoić oddech. Po kilku minutach się wyciszył. Mówił tylko: „Babcia była zła. Tata też był zły”. I mnie wtedy ścisnęło.
Jak wróciliśmy do domu, wybuchło.
Mąż powiedział: „Przy matce zrobiłaś ze mnie potwora. Jak zwykle musiałaś pokazać, że tylko ty umiesz się zająć dzieckiem”.
Ja na to: „A ty jak zwykle musiałeś udowodnić, że płacz dziecka to fanaberia”.
I wtedy zaczęliśmy sobie wyciągać rzeczy, które dawno wisiały w powietrzu. On powiedział, że jestem przewrażliwiona i wszystko „obrabiam w emocje”. Że syn już wie, że jak zapłacze, to mama go uratuje od wszystkiego. Ja powiedziałam, że on reaguje na naszego syna tak, jakby widział w nim własnego małego siebie i chciał go na siłę „zahartować”.
Zapadła cisza, a potem usłyszałam: „Bo mnie nikt nie tulił za byle co i jakoś żyję”.
Powiedział to takim tonem, że od razu wiedziałam, że to nie jest argument, tylko rana. Tyle że ja wtedy też nie byłam fair, bo odparłam: „Właśnie widać, jak żyjesz, skoro własnemu dziecku nie umiesz powiedzieć, że ma prawo się bać”.
To było okrutne i wiem, że przesadziłam.
Prawda jest taka, że ja też nie jestem bez winy. Sama mam odruch, żeby naszego syna od razu chronić. Czasem aż za bardzo. Jak widzę, że ktoś mówi do niego ostrzejszym tonem, to wchodzę między nich. Nawet między niego a ojca. Mąż już wcześniej mówił, że przy mnie nie ma miejsca na jego sposób bycia tatą, bo wszystko od razu oceniam. I coś w tym jest.
Tylko że jego „sposób” często wygląda tak, że syn ma przestać płakać, zanim jeszcze ktoś go spróbuje zrozumieć.
Wieczorem usiedliśmy jeszcze raz, już spokojniej. Powiedziałam mu, że dla mnie problemem nie jest to, że chce uczyć syna radzenia sobie. Problemem jest moment. Bo pięciolatek, który się trzęsie ze stresu, nie uczy się wtedy odporności, tylko tego, że z emocjami zostaje sam.
On z kolei powiedział, że jak patrzy na ten płacz, to go aż ściska w środku i włącza mu się złość, bo słyszy teksty ze swojego domu: „Nie becz”, „chłopaki nie płaczą”, „masz być twardy”. I że on nie chce być jak jego ojciec, ale czasem dokładnie to z niego wychodzi.
I wtedy pierwszy raz powiedział też coś, czego wcześniej nie mówił wprost: że przy jego matce zawsze czuje się znowu jak mały chłopak, który ma się dobrze zachowywać i nie robić scen. I że ten obiad też go spiął od samego wejścia. Nagle trochę inaczej zobaczyłam tę sytuację. Nie tylko nasz syn się tam źle czuł.
Tylko że potem znowu zrobiło się trudno, bo mąż dodał: „Ale ty też nie jesteś święta. Jak on płacze, to od razu robisz ze wszystkich zagrożenie”. Zabolało, ale to też było częściowo prawdą. Ja z kolei wychowałam się w domu, gdzie był wieczny chłód i udawanie, że wszystko gra. Obiecałam sobie, że moje dziecko zawsze będzie wysłuchane. Chyba czasem tak bardzo, że nie dopuszczam, że ono może też potrzebować granic, a nie tylko ukojenia.
Od tamtej wizyty minęło kilka dni. Z synem rozmawialiśmy spokojnie, powiedzieliśmy mu oboje, że miał prawo się zdenerwować i że dorośli też czasem źle reagują. Mąż go przeprosił, chociaż widziałam, że dużo go to kosztowało. Z teściową jeszcze nie rozmawiałam, bo szczerze mówiąc, nie mam siły na teksty typu „za naszych czasów dzieci nie miały takich problemów”.
Najgorsze jest to, że ta kłótnia nie była tak naprawdę o sok ani o jeden płacz. Tylko o to, czy nasze dziecko ma być przede wszystkim „silne”, czy ma najpierw czuć, że jest bezpieczne. Ja uważam, że jedno bez drugiego nie działa, tylko my kompletnie inaczej do tego dochodzimy.
I teraz się zastanawiam, gdzie jest ta granica między wspieraniem dziecka a nadmiernym chronieniem, i jak nie powielać tego, co sami wynieśliśmy z domu. Jestem ciekawa, jak wy byście to widzieli na moim miejscu.