Powiedziałem żonie, że nie wezmę już kolejnego dyżuru przy jej mamie. Od tamtej rozmowy w domu jest cisza gorsza niż kłótnia
Powiedziałem żonie wprost przy kuchennym stole: „Ja już nie dam rady brać co drugi wieczór u twojej mamy. Koniec”. I od tego się zaczęło.
Nie chodzi o to, że nagle przestałem mieć serce. Tylko od ośmiu miesięcy wszystko w naszym domu kręci się wokół jej mamy po udarze. Rehabilitacja, pampersy, zakupy, lekarze, recepty, telefony z przychodni, nocne jeżdżenie, bo „mama znowu spadła z łóżka” albo „mama nie chce wziąć leków, przyjedź”. Na początku było oczywiste, że trzeba pomóc. Sam to mówiłem. Rodzina to rodzina.
Tyle że u nas ta pomoc przestała być pomocą, a zrobiła się drugim etatem. Ja pracuję w markecie budowlanym pod Wrocławiem, zmiana różnie wypada, raz od 6, raz do 21. Wracam, a tu szybkie jedzenie, dzieciaki do ogarnięcia, zadania, pralka, coś się urwało w spłuczce, rata za auto, gaz poszedł znowu w górę. Normalne życie. I w to weszła opieka nad teściową, tylko nie na zasadzie „czasem podjedź”, ale praktycznie grafiku dyżurów.
Żona jest nauczycielką, wraca z roboty zajechana i też nie ma lekko. Ja to widzę. Tylko że z czasem zaczęło wyglądać tak, że ona automatycznie wpisywała mnie we wszystko, co cięższe. Kąpiel? Ja. Przeniesienie łóżka? Ja. Nocowanie u jej mamy, bo się boi sama zostać? Ja, bo „ty jesteś bardziej odporny”. Jakby bycie chłopem w domu od razu znaczyło, że mogę nie spać, dźwigać i rano jeszcze normalnie funkcjonować.
Parę tygodni temu zasnąłem za kółkiem na światłach. Dosłownie na chwilę, ale kierowca z tyłu trąbił jak wariat. Wcześniej w pracy pomyliłem zamówienia i kierownik mnie wezwał na rozmowę. W domu chodziłem nabuzowany o byle co. Syn tylko rozlał sok, a ja wydarłem się jak idiota. Potem siedziałem w aucie pod blokiem i nie miałem siły wejść na górę.
Powiedziałem żonie: „Słuchaj, trzeba to jakoś inaczej zorganizować. Albo opiekunka parę godzin tygodniowo, albo ZOL, albo twój brat też zacznie przyjeżdżać częściej, bo na razie wpada na godzinę w niedzielę i jest bohater”.
A ona od razu: „Czyli chcesz oddać mamę obcym ludziom?”.
Ja mówię: „Nie oddać. Ułożyć to tak, żebyśmy wszyscy nie padli. Ja już padam”.
Ona: „Moja mama całe życie wszystkim pomagała, a teraz nagle wszystkim przeszkadza?”.
I tu się zagotowałem, bo to nie jest fair. Powiedziałem, może za ostro: „Nie twoja mama mi przeszkadza, tylko to, że od miesięcy nikt nie pyta, ile ja jeszcze uciągnę”.
Najgorsze było trzy dni później. Mieliśmy jechać do teściowej w sobotę wieczorem, a ja powiedziałem, że nie jadę, bo od 5 rano byłem na nogach, zrobiłem zakupy na cały tydzień, wymieniłem dzieciom opony w rowerach, zawiozłem córkę na angielski i jeszcze ogarnąłem piekarnik, bo korki wybijało. Chciałem po prostu usiąść. Godzinę. Dwie.
Żona spojrzała na mnie i przy dzieciach rzuciła: „Tata jest zmęczony, więc babcia może sobie radzić sama”.
To mnie zabolało bardziej niż cała reszta. Bo to tak, jakbym przez te miesiące nic nie robił. A ja robiłem. Jeździłem w nocy do apteki całodobowej, wnosiłem ją po schodach z sąsiadem, płaciłem za część leków, bo emerytura i nasz budżet się po prostu nie spinały. Nawet prysznic u niej przerabiałem z kolegą hydraulikiem, żeby było bezpieczniej. Tylko widocznie to się liczy dopóki nie powiesz „dość”.
Nie jestem z tych, co uciekają od obowiązków. Mój ojciec chorował latami i wiem, jak to wygląda. Ale właśnie dlatego wiem też, że jak człowiek nie postawi granicy, to zaczyna wszystko robić byle jak i mieć żal do wszystkich dookoła. A z takim żalem żadna opieka nie jest dobra ani dla chorego, ani dla rodziny.
Z drugiej strony widzę żonę. To jest jej mama. Ma poczucie winy, strach, że jak odpuści, to będzie „ta zła córka”. Rozumiem to. Tylko czy z tego wynika, że ja mam już nie mieć prawa powiedzieć, że fizycznie i psychicznie nie daję rady?
Od tamtej kłótni robimy wszystko jakby normalnie: kanapki do szkoły, rachunki, „kup chleb”, „odbierz młodego z treningu”. Ale między nami jest taka dziwna pustka. Jej brat nagle zaczął częściej dzwonić, tylko na razie kończy się na gadaniu. Opiekunka prywatnie? 35 zł za godzinę u nas, minimum 4 godziny. Da się, ale to kolejne pieniądze, których nie mamy za dużo.
Wczoraj żona powiedziała już spokojniej: „Ja po prostu nie mam kogo prosić poza tobą”.
I to chyba było najuczciwsze zdanie w całej tej sprawie. Tylko czy to, że nie ma kogo, znaczy automatycznie, że ja mam być tym kimś bez końca?
Naprawdę pytam: w którym momencie pomaganie rodzinie przestaje być obowiązkiem, a zaczyna zwyczajnie rozwalać człowieka od środka?