„Usłyszałam, że ja przecież tylko siedzę z dziećmi”. Po tym lecie spakowałam torbę i wróciłam do siebie
„Ale o co ci znowu chodzi? Przecież ty tylko pilnujesz dzieci” – to usłyszałam od synowej w kuchni, kiedy powiedziałam, że od dwóch miesięcy nie miałam jednego dnia dla siebie.
Powiedziałam wtedy: „Tylko? To może od jutra sami sobie to ‘tylko’ zróbcie”. I w domu zrobiła się taka cisza, że aż wnuczka przestała kolorować przy stole.
Przyjechałam do nich na początku wakacji, niby na trochę. Młodzi pracują, kredyt na mieszkanie, przedszkole w lipcu zamknięte na dwa tygodnie, potem dyżury, do tego jedno dziecko miało angielski, drugie logopedę. Syn poprosił: „Mamo, pomożesz nam przez lato? Bo inaczej wszystko nam się posypie”. No to pomogłam. Sama zaproponowałam, że mogę zostać dłużej, bo mieszkam sama, emeryturę mam skromną, ale czas miałam. Myślałam, że to będzie bardziej pobycie z wnukami niż drugi etat.
Tylko że szybko wyszło, że nie chodziło o samo przypilnowanie dzieci. Rano robiłam śniadania, szykowałam bidony, potem odprowadzałam młodszego, starszą odbierałam z półkolonii, po drodze zakupy w Biedronce albo Lidlu, obiad, pranie, rozwieszanie, prasowanie koszulek na zajęcia, potem plac zabaw, logopeda, angielski, wieczorem jeszcze zmywarka, bo „jak już pani domu jest, to wie gdzie co włożyć”. To ostatnie było niby żartem, ale mnie ukuło.
Nie jestem święta. Na początku sama się za bardzo rozpędziłam. Jak widziałam bałagan, to sprzątałam. Jak lodówka była pusta, to szłam po zakupy i nie pytałam. Jak synowa wracała zmęczona, to mówiłam: „Siadaj, ja zrobię”. Sama ustawiłam ich w myśleniu, że ogarnę wszystko. Tylko że mam 68 lat, bolą mnie kolana, ciśnienie skacze, a w ich bloku na trzecim piętrze bez windy po tygodniu ledwo wchodziłam.
Pierwsze zgrzyty były o drobiazgi. Że dzieci za późno wykąpane. Że makaron za miękki. Że młodszy miał inną bluzkę niż ta przygotowana. Że starsza zjadła loda przed obiadem. Raz synowa powiedziała: „U nas jednak staramy się trzymać rutyny”. Odpowiedziałam: „To trzymajcie, ja już ledwo zipię”. Obraziła się. Potem syn mi tłumaczył: „Mamo, ona jest pod presją, w pracy mają urwanie głowy”.
Ja rozumiem presję. Tylko nikt nie pytał, czy ja też ją mam. Nawet jak w nocy budził się młodszy i wołał, to często ja wstawałam, bo ich sypialnia była na końcu mieszkania i mówiłam sobie, że szkoda ich budzić przed pracą. Sama sobie to robiłam, wiem. Ale człowiek liczy chociaż na zwykłe „dziękuję”, a nie na listę uwag.
Najgorsze było w zeszły czwartek. Od rana bolała mnie głowa, a mimo to poszłam po dzieci. Wróciliśmy, zrobiłam pomidorową, młodszy rozlał sok, starsza płakała, że nie chce iść na basen. Wieczorem synowa weszła do kuchni i mówi: „Czemu oni jeszcze nie są po kąpieli?”. Powiedziałam spokojnie: „Bo nie daję już dzisiaj rady. Naprawdę jestem zmęczona”. I wtedy padło to jej zdanie, że ja przecież tylko pilnuję dzieci i nie mam prawa mówić, jakbym nie wiadomo co robiła.
Mnie aż zatkało. Syn siedział w salonie i udawał, że nie słyszy. To mnie chyba zabolało najbardziej. Powiedziałam do niego: „Ty też tak uważasz?”. A on po chwili: „Mamo, nie o to chodzi, po prostu wszyscy jesteśmy zmęczeni”. Czyli jak zwykle, żeby tylko nie stanąć po żadnej stronie.
Wtedy wyszło jeszcze coś, o czym wcześniej nie wiedziałam. Synowa miała pretensję, że ja „wchodzę im w dom” i potem opowiadam siostrze, jak oni żyją. I niestety trochę miała racji. Raz przez telefon powiedziałam, że u nich ciągły bieg i dzieci jedzą byle jak, bo chciałam się wygadać. To do nich wróciło. Dla niej to było obgadywanie. Dla mnie zwykłe marudzenie. Ale rozumiem, że mogła się poczuć oceniana.
Tylko że nawet z tym wszystkim nie zgodzę się, że byłam tam darmową pomocą, którą można pouczać. Powiedziałam, że wracam do siebie. Syn od razu: „Ale jak to teraz? Przecież w sierpniu nie mamy co zrobić z dziećmi”. A ja pierwszy raz od dawna odpowiedziałam: „To trzeba było pomyśleć wcześniej, że ja nie jestem instytucją całodobową”.
Spakowałam rzeczy jeszcze tego samego wieczoru. W domu się popłakałam, bo kocham wnuki i wiem, że one niczemu nie są winne. Syn następnego dnia przyjechał sam. Powiedział, że przesadziłyśmy obie. I też miał rację. Bo ja za długo milczałam, a potem wybuchłam. Oni za to tak się przyzwyczaili do mojej pomocy, że przestali ją widzieć.
Na razie wróciłam do siebie i powiedziałam jasno, że mogę czasem pomóc, ale nie zamieszkam już u nich na całe tygodnie i nie będę na każde wezwanie. Czuję ulgę, ale też mam wyrzuty sumienia, bo wiem, że im teraz ciężko.
Powiedzcie szczerze, czy ja naprawdę przesadziłam, że postawiłam granicę dopiero wtedy, kiedy już nie miałam siły?