„Oddasz nerkę obcej osobie?” Usłyszałam to przy kuchennym stole i wtedy zaczęła się awantura, która podzieliła całą rodzinę
„Ty chyba zwariowałaś. Chcesz sobie wyciąć zdrowy narząd dla kogoś, kogo nawet nie znasz?”
To były pierwsze słowa mojego męża, kiedy powiedziałam przy kolacji, że zgłosiłam się do wstępnej kwalifikacji jako potencjalna dawczyni nerki. Nie dla kogoś z rodziny. Dla obcej osoby.
Zapadła taka cisza, że aż słyszałam lodówkę. Potem odezwała się moja mama:
„A jak potem zachorujesz? A jak twoje dzieci będą cię potrzebowały? Pomyślałaś o tym?”
Pomyślałam. Tylko chyba nikt nie wierzył, że naprawdę to przemyślałam.
Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej, kiedy koleżanka z pracy opowiedziała o swojej siostrze jeżdżącej trzy razy w tygodniu na dializy. Pracuję w rejestracji w przychodni i temat chorób jest u nas codziennie, ale jakoś wtedy mnie to uderzyło. Potem zaczęłam czytać o przeszczepach, o żywym dawstwie, o badaniach, o tym, że w Polsce to nie jest takie proste i nie robi się tego „na szybko”. Trafiłam na historię kobiety z Warszawy, która od lat czekała na nerkę. I coś mnie ścisnęło.
Nie jestem święta. Żeby było jasne. Mam 39 lat, kredyt na mieszkanie pod Łodzią, dwójkę dzieci, etat i wieczny niedoczas. Ale od paru lat żyję z takim poczuciem, że wszystko odkładam: zdrowie, decyzje, siebie. I chyba bardzo chciałam w końcu zrobić coś naprawdę ważnego.
Tylko że w domu to wybrzmiało inaczej.
„Ważnego? Czyli my jesteśmy nieważni?” – rzucił mąż.
„Nie o to chodzi.”
„To o co? Bo dla mnie to wygląda tak, że chcesz zgrywać bohaterkę.”
To mnie zabolało najbardziej, bo trochę trafił. Nie w sensie bohaterki, tylko że ja nikomu wcześniej nic nie powiedziałam. Najpierw wypełniłam formularz, potem miałam telefon, potem dostałam termin badań wstępnych. I dopiero wtedy powiedziałam.
Mama od razu się popłakała.
„Po co nam to robisz? Naprawdę mało już było stresu?”
Tu też był haczyk, bo dwa lata temu mój tata miał udar i przez kilka miesięcy to głównie ja jeździłam z nim na rehabilitację, załatwiałam skierowania, ZUS, poradnie, recepty. Miałam wtedy żal do wszystkich, że zostawili mnie z tym praktycznie samą. Niby każdy „pomagał”, ale finalnie to ja brałam wolne z pracy i kombinowałam. I chyba od tamtej pory weszła mi w głowę taka rola, że jak nie ja, to nikt.
Mąż mi to wypomniał jeszcze tego samego wieczoru.
„Ty nie umiesz odpuścić. Zawsze musisz wszystkich ratować. Najpierw ojca, potem siostrę z jej rozwodem, teraz obcą kobietę. A potem jesteś wykończona i masz pretensje do całego świata.”
„Czyli mam siedzieć i patrzeć tylko na swój czubek nosa?”
„Nie. Ale masz też ciało jedno na całe życie.”
Najgorsze było to, że ja naprawdę bałam się tej operacji. Nie byłam odważna. Czytałam o możliwych powikłaniach, o bólu, o tym, że potem żyje się normalnie, ale jednak z jedną nerką. W nocy nie spałam i sprawdzałam fora. Wyobrażałam sobie, że coś pójdzie źle, że dzieci zobaczą mnie podpiętą do kroplówek i będą przerażone.
A jednocześnie z tyłu głowy miałam myśl: ktoś po drugiej stronie może wreszcie przestać żyć od badania do badania.
Poszłam na badania do szpitala klinicznego. Morfologia, mocz, USG, rozmowa z lekarzem, psycholog. I właśnie tam pierwszy raz ktoś nie powiedział mi „jaka jesteś dzielna”, tylko zadał niewygodne pytanie.
„A jeśli komisja panią zakwalifikuje, to czy ta decyzja jest na pewno o pomocy biorcy, czy też trochę o potrzebie uratowania samej siebie przed poczuciem, że robi pani za mało?”
Zamurowało mnie.
Wróciłam do domu i pierwszy raz sama zaczęłam się zastanawiać, czy ja naprawdę robię to wyłącznie dla tej chorej osoby. Czy może też po to, żeby wreszcie poczuć, że moje życie ma sens większy niż praca, zakupy w Biedronce, raty i pranie. Brzmi brzydko, ale chyba tak było.
Mąż wtedy już nie krzyczał. Powiedział spokojnie:
„Ja ci nie zabraniam. Tylko mam wrażenie, że chcesz zapłacić swoim zdrowiem za wszystkie lata, kiedy czułaś się niewidzialna.”
Było mi głupio, bo znowu trafił.
Z drugiej strony moja mama też nie była bez winy. Bo zamiast powiedzieć normalnie, że się boi, zaczęła mnie szantażować emocjonalnie.
„Jak sobie coś zrobisz, to ja tego nie przeżyję.”
„Mamo, ale ja niczego sobie nie robię specjalnie.”
„Dla mnie robisz.”
I tak przez kilka tygodni żyliśmy w napięciu. W pracy ukrywałam, że jeżdżę na kolejne konsultacje. W domu każdy temat kończył się kłótnią. Dzieci słyszały tylko urywki i młodsze zapytało: „Mamo, ty jesteś chora?” Wtedy mnie ścisnęło najbardziej.
Ostatecznie sama wycofałam zgodę przed końcem kwalifikacji. Nikt mnie do tego formalnie nie zmusił. Po prostu usiadłam i uczciwie przyznałam, że na ten moment nie umiem oddzielić chęci pomocy od własnego chaosu w głowie. I że jeśli mam kiedyś podjąć taką decyzję, to nie przeciwko wszystkim i nie po kryjomu.
Mąż nie powiedział „a nie mówiłem”. Tylko mnie przytulił. Mama odetchnęła tak, jakby zdjęli jej kamień z klatki. A ja zamiast ulgi poczułam też wstyd, bo miałam wrażenie, że zawiodłam kogoś, kogo nawet nie znam.
Do dziś nie wiem, czy podjęłam rozsądną decyzję, czy po prostu się przestraszyłam. Nadal uważam, że oddanie narządu może być czymś pięknym i bardzo ludzkim. Ale chyba zrozumiałam, że nie każda gotowość do poświęcenia jest czysta i nie każda odmowa jest egoizmem.
Ciekawa jestem, jak wy to widzicie. Czy człowiek powinien ryzykować własnym zdrowiem dla obcej osoby, czy jednak ma obowiązek najpierw chronić siebie i swoją rodzinę?