„Powiedziałem przy stole, że dość: od lat wszyscy udawali, że jest po równo, a mój syn za każdym razem wychodził z niczym”
Powiem wprost: pokłóciłem się z matką przy niedzielnym obiedzie, bo miałem dość udawania, że wszystko jest w porządku.
Poszło o prezenty dla wnuków, ale tak naprawdę nie chodziło tylko o prezenty.
Mój syn jest z tych spokojniejszych. Nie pcha się, nie robi scen, jak mu przykro, to siedzi cicho. Córka mojej siostry jest odwrotna – głośna, przebojowa, wszędzie jej pełno. I od paru lat wygląda to tak, że jak są urodziny, komunia, święta czy nawet zwykła niedziela u rodziców, to dla jednej zawsze „coś się znajdzie”, a mój mały słyszy: „babcia ci następnym razem kupi”.
To nie było tak, że on chodził głodny czy bez butów, żebym zaraz miał robić dramat. Ja pracuję na magazynie pod Pruszkowem, żona w aptece, dajemy radę. Młody ma co trzeba, korepetycje z angielskiego też opłacam, rower sam mu naprawiam, na ferie w tamtym roku pojechał z nami do Krynicy. Nie chodziło o kasę. Chodziło o to uczucie, że przy stole jedno dziecko jest „och” i „ach”, a drugie jakby było dodatkiem.
Najpierw odpuszczałem. Bo po co wojna. Bo matka już swoje lata ma. Bo ojciec po zawale i szkoda mu nerwów. Bo siostra od razu się spina i leci tekstami, że „wszystko przeliczam”. No i może trochę przeliczałem, ale jak widzisz kilka razy z rzędu to samo, to zaczynasz liczyć.
Na Mikołajki chrześnica dostała smartwatcha, a mój syn czekoladę z Pepco i skarpetki. Na Wielkanoc tamtej koperta z 300 zł, bo „zbiera na tablet do szkoły”, a mój dostał 50 zł i jeszcze matka powiedziała: „on i tak jest taki skromny”. Jak to usłyszałem, to mnie aż ścisnęło. Skromny to znaczy ma dostać mniej?
Żona mówiła mi wcześniej: „albo to powiesz normalnie, albo mały sam to zacznie rozumieć i będzie gorzej”. I miała rację, bo dwa tygodnie temu, po powrocie od dziadków, syn zapytał mnie w aucie: „Tato, babcia bardziej lubi kuzynkę?”.
I to był ten moment, kiedy już nie mogłem udawać, że dla świętego spokoju lepiej milczeć.
W niedzielę siedzimy przy rosole, ojciec kroi schabowego, matka jak zwykle dokłada ziemniaków, siostra opowiada o zajęciach dodatkowych małej. I matka nagle wyciąga reklamówkę i mówi do chrześnicy: „Mam dla ciebie, bo widziałam promocję w Smyku”. A dla mojego nic. On siedzi obok i tylko patrzy.
Powiedziałem spokojnie: „Mamo, możemy na chwilę? Bo to już któryś raz i to nie jest w porządku”.
Od razu cisza.
Matka: „Ale o co ci chodzi?”
Ja: „O to, że jak dajesz jednemu dziecku prezent, a drugiemu nie, to ono to widzi. I nie mówmy, że nie widzi”.
Siostra od razu weszła: „Serio? Będziemy teraz robić audyt reklamówek?”
Ja już wtedy byłem podminowany, ale jeszcze trzymałem ton. Powiedziałem: „Nie audyt. Zwykłą równość. Albo dajesz obojgu symbolicznie, albo nikomu. To są dzieci”.
Matka się obraziła. Powiedziała, że przesadzam, że mała częściej wpada, pomaga jej z telefonem, przytula się, „jest bardziej otwarta”, a mój syn „zaraz ucieka do swojego pokoju albo siedzi z nosem w książce”.
No i właśnie to mnie wkurzyło najbardziej. Bo co to znaczy? Że dziecko ma sobie zapracować charakterem na równe traktowanie? Że kto głośniejszy, ten ważniejszy?
Powiedziałem już ostrzej: „To jest wnuk tak samo jak tamta jest wnuczką. To nie konkurs na bycie wygodnym dla babci”.
Ojciec wtedy tylko mruknął: „Daj spokój, po co awantura przy dzieciach”.
I tu był ten cały problem. W naszej rodzinie zawsze było „daj spokój”. Jak ktoś czuł się gorzej potraktowany, to dla świętego spokoju miał zacisnąć zęby. Tylko że potem ten spokój jest na pokaz, a dzieci i tak widzą swoje.
Skończyło się tak, że zabrałem żonę i syna wcześniej do domu. W aucie było cicho. Wieczorem siostra napisała mi, że upokorzyłem matkę i że można było to załatwić inaczej. Matka nie odzywa się do dziś, ojciec wysłał tylko SMS: „Źle to rozegrałeś, ale trochę racji masz”.
Ja wiem, że może nie idealnie to wyszło. Może trzeba było powiedzieć to w cztery oczy, nie przy stole. Tylko ja już kilka razy próbowałem delikatnie. Było: „oj przestań”, „wydaje ci się”, „nie przesadzaj”. Aż w końcu człowiek mówi wprost.
Z drugiej strony też rozumiem matkę. Ona pewnie naprawdę ma bliższy kontakt z chrześnicą, bo tamta się narzuca bardziej, częściej dzwoni, coś pokaże, przyjdzie, pogada. Mój syn nie jest taki. Tylko czy dorosły nie powinien właśnie bardziej uważać, żeby tego cichego nie zgubić?
Teraz żona mówi, żebym przez jakiś czas nie woził młodego do dziadków, dopóki nie padnie normalna rozmowa i jakieś „przepraszam”. A ja się zastanawiam, czy to nie będzie już karanie wszystkich i dolewanie oliwy do ognia. Z drugiej strony jak mam go znowu posadzić przy stole, gdzie będzie się zastanawiał, czy jest mniej ważny?
Naprawdę chcę spokoju w rodzinie. Tylko czy taki spokój, który kosztuje dziecko poczucie, że jest tak samo ważne, w ogóle jest coś wart?