„Powiedziałem żonie, że ma wrócić do szefa i przeprosić. Do dziś nie wiem, czy uratowałem dom, czy sprzedałem jej godność”
Powiedziałem żonie, żeby jutro poszła do pracy i przeprosiła szefa, mimo że to on na nią naskoczył przy ludziach. I od tego momentu w domu zrobiło się zimno jak w listopadzie przed odpaleniem pieca.
Było to w środę, po 17. Wchodzę do mieszkania, a ona siedzi w kuchni w kurtce, zapłakana, telefon wyłączony, obok kubek z zimną herbatą. Od razu wiedziałem, że coś walnęło. Mówi, że rzuciła papierami. Tak po prostu. Pracowała w prywatnej przychodni na rejestracji, 8 lat. Nie jakieś kokosy, ale zawsze te 4,2 na rękę wpadało, do tego premia świąteczna, czasem bony do apteki.
Pytam, co się stało. A ona, że kierownik wydarł się na nią przy pacjentach, bo jakaś starsza pani czekała za długo i pomyliły się skierowania. Podobno powiedział do niej: „Jak pani nie ogarnia, to na pani miejsce mam trzy osoby”. Przy ludziach. Ona mu odpowiedziała, żeby sam sobie usiadł na rejestracji i zobaczył, jak to jest, i wyszła.
No i teraz pewnie połowa osób powie: brawo, szacunek do siebie. Tylko że ja w tym momencie nie myślałem o hasłach z internetu, tylko o tym, że 10-go schodzi rata 1960 zł, córka ma aparat na zęby i co miesiąc 450, syn dojeżdża do technikum miesięcznym, gaz znowu poszedł w górę, a ja pracuję na magazynie i nadgodziny nie są z gumy. Jak się wszystko poskłada, to naprawdę nie żyjemy tak, że można sobie trzaskać drzwiami z pracy z dnia na dzień.
Powiedziałem spokojnie: „Dobra, był chamem, ale jutro idź, pogadaj, nawet dla świętego spokoju. Nie dla niego, tylko dla domu”.
I wtedy się zaczęło.
„Czyli mam dać sobą pomiatać?”
„Nie. Masz zachować pracę.”
„To ty byś przepraszał, jakby cię ktoś upokorzył?”
„Jakbym miał kredyt, dzieci i pustą poduszkę finansową, to tak, zacisnąłbym zęby i przeprosił, nawet przez zęby.”
Ona się do mnie w ogóle odwróciła plecami. Powiedziała, że dla mnie najważniejsze są tylko rachunki. Trochę mnie to zagotowało, bo ja przez ostatnie lata wszystko liczę, załatwiam i dźwigam, żeby właśnie rachunki były zapłacone. Jak pralka padła, to nie było filozofii o godności, tylko sobota w Castoramie, części za 180 zł i pół dnia na podłodze. Jak teściowa była po operacji, to ja ją woziłem do kontroli. Jak syn rozwalił telefon, to ja wziąłem dodatkową sobotę. Dla mnie odpowiedzialność to nie jest ładne słowo, tylko konkret.
Następnego dnia rano dałem jej nawet 20 zł na taksówkę, bo powiedziała, że nie pojedzie autobusem, taka była roztrzęsiona. Nie wziąłem tego jako upokorzenie, tylko próbę ogarnięcia sytuacji. Wróciła po południu i rzuciła tylko: „Nie przeprosiłam. Złożyłam wypowiedzenie porozumieniem stron”.
Usiadłem i normalnie mnie odcięło. Nie darłem się, ale powiedziałem: „To teraz przez kilka miesięcy będziemy żyć z czego? Z zasad?”
Ona na to, że „jakoś sobie poradzimy”, że może pójść gdziekolwiek, do sklepu, do gabinetu, że przecież pracowita jest. I to prawda, jest. Tylko że każdy, kto szukał pracy po czterdziestce, wie, jak wygląda „jakoś”. CV rozesłane, telefony milczą albo proponują zlecenie za 23,50 brutto za godzinę i grafik do 21.
Najgorsze było, jak powiedziała o tym córce. Córka od razu stanęła po jej stronie. „Mama dobrze zrobiła, trzeba się szanować”. Łatwo mówić, jak się ma 17 lat i obiady same się gotują. Ja zapytałem córkę, czy jak nam zabraknie na aparat, to też powie ortodoncie o godności. Żona się popłakała, córka trzasnęła drzwiami. Syn nic nie powiedział, tylko potem wieczorem spytał mnie cicho, czy mamy sprzedać jego komputer, jakby było źle. I wtedy mnie to pierwszy raz ukłuło nie w kalkulator, tylko gdzieś głębiej.
Minęły trzy miesiące. Znalazła pracę, ale na pół etatu w rejestracji u dentysty, 2800 na rękę. Brakuje. Ja biorę więcej zmian, plecy mnie już łupią, przestałem jeździć na ryby, odłożyliśmy wakacje w Ustce, a o wymianie auta to można pomarzyć. Ona z kolei jest spokojniejsza. Naprawdę. Nie budzi się w nocy, nie boli jej brzuch jak wcześniej. Czasem nawet się śmieje, czego przedtem było mniej. Widzę to.
Tylko że między nami coś siadło. Bo ona uważa, że stanąłem po stronie obcego faceta przeciwko własnej żonie. A ja dalej uważam, że stanąłem po stronie tego, za co oboje odpowiadamy. Domu, dzieci, rachunków, zwykłego życia.
Ostatnio usłyszałem od niej: „Ty byś dla spokoju oddał człowiekowi kawałek siebie”.
A ja odpowiedziałem: „A ty dla dumy oddałaś poczucie bezpieczeństwa całej rodzinie”.
I teraz sam nie wiem, czy naprawdę chodzi o dumę i bezpieczeństwo, czy o coś więcej, czego po prostu nie umiem nazwać. Gdybyście byli na moim miejscu, to naprawdę powiedzielibyście współmałżonkowi: rzuć pracę, jakoś będzie?