Wziąłem zaliczkę, podpisałem umowę i zignorowałem to jedno uczucie. Teraz żona mówi, że sam nas w to wpakowałem
Powiem wprost: żona do dziś ma do mnie pretensje, że zlekceważyłem to, co „było widać od razu”, a ja dalej uważam, że wtedy zrobiłem jedyne rozsądne wyjście.
Byliśmy pod ścianą. Rata kredytu za mieszkanie skoczyła nam tak, że z 2400 zrobiło się prawie 4100. Do tego starszy syn aparat na zęby, młodsza ciągle chore gardło, samochód się sypał, a ja po cięciach w firmie zamiast premii miałem gołą podstawę. Pracuję na magazynie pod Warszawą, żona w przedszkolu, więc kokosów nie ma. Mieliśmy dwa wyjścia: dalej udawać, że damy radę, albo sprzedać mieszkanie, spłacić kredyt i wynająć coś tańszego na jakiś czas.
To nie była fanaberia. Ja sobie to policzyłem w Excelu, kartka po kartce. Ile zostanie po spłacie banku, ile kosztuje wynajem w Markach czy Ząbkach, ile odłożymy miesięcznie. Nie luksus, tylko plan awaryjny. Taki, żeby nie obudzić się za pół roku z komornikiem.
Kupiec znalazł się szybko. Za szybko, jak potem mówiła żona. Facet przyjechał z pośrednikiem, obejrzał mieszkanie raz, drugi raz już z jakimś „doradcą”, i od razu chciał podpisywać umowę przedwstępną. Cena nie była marzeniem, ale uczciwa jak na naszą okolicę. Dawał 40 tysięcy zaliczki. Dla nas to wtedy było jak tlen.
Żona jeszcze przy drzwiach powiedziała mi cicho:
– Nie wiem, coś mi tu nie gra.
Spytałem:
– Co konkretnie?
A ona:
– Nie umiem ci powiedzieć. Ten facet się za bardzo spieszy.
Tylko że właśnie cały świat się spieszył. Bank się spieszył z ratą, szkoła z opłatami, mechanik z naprawą auta. Intuicją rachunków się nie płaci.
U notariusza wszystko wyglądało normalnie. Dokumenty były, księga wieczysta czysta, pośrednik z polecenia kolegi z pracy. Kupujący mówił, że czeka go rozwód, że chce zamknąć temat szybko, bo dzieci mają zostać w tej samej szkole. Brzmiało to sensownie. Wziąłem tę zaliczkę, spłaciłem dwie zaległe raty, kartę kredytową i część debetu. Pierwszy raz od miesięcy przespałem noc.
I wtedy zaczęły się schody.
Kupujący zaczął przekładać termin umowy końcowej. Najpierw, że bank mu wydłużył procedurę. Potem, że rzeczoznawca. Potem, że były jakieś problemy z zaświadczeniem od pracodawcy. Niby standard. Każdy, kto miał coś wspólnego z kredytem, wie, jak to wygląda.
Żona chodziła nabuzowana.
– Mówiłam ci. Mówiłam od początku.
A ja jej odpowiadałem:
– Umowa jest, notariusz jest, zaliczka jest. Nie podpisaliśmy tego na parkingu pod Biedronką.
Tyle że równolegle my już żyliśmy w zawieszeniu. Właściciel mieszkania, które mieliśmy wynająć w Wołominie, nie chciał dłużej czekać. Trzeba było wpłacić kaucję 4500, inaczej brał innych. Dzieciom powiedzieliśmy, że możliwe, że zmienią pokój, ale szkoły nie. Teściowa już zdążyła skomentować, że „prawdziwy chłop najpierw zabezpiecza rodzinę, a potem sprzedaje dach nad głową”. Łatwo mówić, jak się ma wykupione mieszkanie po starych cenach.
W końcu wyszło, że kupujący wcale nie miał jeszcze pewnego finansowania, tylko liczył, że „się uda dopiąć”. Pośrednik rozkładał ręce, że przecież bywa. Notariusz powiedział chłodno, że mamy umowę i jeśli druga strona nie dotrzyma warunków, są konsekwencje. Na papierze tak. W życiu trochę gorzej.
Bo owszem, zaliczka została u nas, tylko co z tego? Mieszkanie przez te miesiące wisiało, inni chętni się rozeszli, rynek siadł, stopy trochę puściły, ale ceny w naszej okolicy też przestały iść do góry. Zostaliśmy z poczuciem, że ani sprzedane, ani niesprzedane. Bez planu B.
Najgorsza kłótnia była w kuchni, przy zwykłej herbacie.
– Ty zawsze musisz wszystko policzyć i udowodnić, że masz rację – powiedziała żona. – A czasem człowiek po prostu czuje, że coś jest nie tak.
Odpowiedziałem może za ostro:
– A ja mam prowadzić rodzinę na przeczuciach? Jakbym wtedy odmówił i za dwa miesiące weszlibyśmy w zaległości, to też by było, że dobrze zrobiłem?
I do dziś tak myślę: ja nie szukałem okazji życia. Ja próbowałem utrzymać rodzinę nad wodą. Nie poszedłem w żaden szemrany interes, tylko w legalną sprzedaż mieszkania z umową, notariuszem i pośrednikiem. Zrobiłem to, co wydawało mi się odpowiedzialne.
Tylko że od tamtej sytuacji sam łapię się na tym, że jak ktoś za bardzo naciska, za szybko chce, za ładnie wszystko układa, to już mi się zapala lampka. Może człowiek nie zawsze umie nazwać zagrożenie, ale jednak coś wyczuwa.
Dalej jednak nie wiem, czy wtedy naprawdę powinienem był odpuścić transakcję tylko dlatego, że żona „miała złe przeczucie”. Gdy stawka jest taka, że możesz stracić dach nad głową, bardziej ufać papierom i liczbom czy temu wewnętrznemu alarmowi, którego nawet nie da się udowodnić?