Teść kazał mi oddać dom, który własnymi rękami wyremontowałem. Najgorsze było to, że żona nie stanęła po mojej stronie
Zobaczyłem swoje kartony w korytarzu, ustawione równo pod ścianą, jakbym był jakimś lokatorem po terminie, a nie facetem, który przez sześć lat robił ten dom od zera. W przedpokoju stały jeszcze moje robocze buty całe w gipsie, a na stole w kuchni leżała teczka z papierami od notariusza. Wtedy już wiedziałem, że coś się kończy, tylko jeszcze nie chciałem sobie tego powiedzieć wprost.
Dom formalnie był teścia. Stary poniemiecki bliźniak pod Radomiem, zagrzybiony, z dachem do roboty i piecem, który bardziej dymił niż grzał. Jak z Anką braliśmy ślub, teść powiedział, że możemy tam zamieszkać, a jak „się młodzi ogarną”, to przepisze połowę na nią. Nie na mnie, jasne. Wtedy mi to nawet nie przeszkadzało. Człowiek zakochany, dzieci w planach, chciał mieć święty spokój.
To ja robiłem ten remont. Po pracy na budowie jechałem tam i do nocy skuwałem tynki, wymieniałem instalację, okna załatwiałem po znajomości. Kredytu hipotecznego nie brałem, bo po co, skoro miał być „rodzinny dom”. Wszystko szło z moich zleceń, z sobót, z odkładanych pieniędzy. Anka pracowała w aptece, dokładała się do życia, nie powiem. Ale ten dom to był mój pot, moje plecy i moje nerwy.
Potem urodził się Kuba. Zrobiło się ciężej. Ja harowałem, ZUS mnie gonił przez dwa słabsze miesiące, bo miałem działalność i jeden inwestor nie zapłacił na czas. Chodziłem nabuzowany, wiecznie zmęczony. Anka miała do mnie pretensje, że mnie nie ma, że wszystko jest ważniejsze niż dom i dziecko. Też miała rację, tylko że rachunki same się nie płaciły.
Zaczęło się sypać, jak jej brat, Michał, wrócił z Anglii. Bez roboty, za to z długami i wielkim planem na siebie. Teść nagle zaczął częściej powtarzać, że „rodzina musi trzymać się razem” i że Michał też potrzebuje szansy. Coś mi tu śmierdziało od początku. Szczególnie jak przy niedzielnym obiedzie gadali półsłówkami, a jak wchodziłem do kuchni, to milkli.
Prawdę zobaczyłem przypadkiem. Anka zostawiła na stole projekt umowy użyczenia i jakiś wniosek do urzędu o meldunek tymczasowy dla Michała. Na ten adres. Na nasz adres. Zapytałem wprost, o co chodzi. I wtedy usłyszałem, że teść chce, żeby Michał zajął górę domu, a my „na jakiś czas” przenieśli się do mieszkania po ciotce Anki w bloku. Dwa pokoje, 42 metry, zagracone meblami po PRL-u.
Myślałem, że to żart. Spytałem Ankę, czy ona sobie ze mną jaja robi.
Siedziała cicho. Potem powiedziała, że to tylko na kilka miesięcy, że Michał musi stanąć na nogi, że przecież jesteśmy rodziną. I wtedy mnie puściło.
Powiedziałem jej chyba za dużo. Że przez lata robią ze mnie bankomat i darmową ekipę remontową. Że jak trzeba było zrywać podłogi i taszczyć gruz, to byłem swój, a jak dom nabrał wartości, to nagle przypomnieli sobie o synku. Teść się odpalił, że nic nie jest moje, bo w księgach wieczystych nie widnieję. Michał oczywiście wielce obrażony, że go traktuję jak pasożyta.
Najgorsze było to, że Anka nie powiedziała wtedy ani jednego zdania w mojej obronie. Tylko stała z rękami skrzyżowanymi i powtarzała, żebym się uspokoił przy dziecku.
Nie uspokoiłem się. Wyszedłem, przespałem się u kumpla, a rano pojechałem do prawnika. Dowiedziałem się brutalnie, że bez papieru jestem nikim. Mogę próbować dochodzić zwrotu nakładów, ale to lata po sądach, faktury częściowo na mnie, częściowo bez niczego, bo człowiek brał materiały taniej. Klasyka.
Wróciłem do domu i powiedziałem Ance, że albo stawiamy sprawę jasno i jej ojciec spisuje przynajmniej zabezpieczenie dla nas i Kuby, albo składam pozew o zwrot kosztów i wyprowadzam się naprawdę, nie na pokaz. Wtedy dopiero się rozpłakała. Nie dlatego, że mnie rozumiała. Bardziej chyba dlatego, że pierwszy raz nie chciałem już zaciskać zębów dla świętego spokoju.
Minęły trzy miesiące. Mieszkam w wynajętym mieszkaniu, płacę alimenty tymczasowe, bo Anka złożyła pozew i napisała, że atmosfera w domu była nie do wytrzymania. Pewnie nie kłamała. Ja złożyłem sprawę o nakłady na nieruchomość. Teść po wsi rozpowiada, że jestem niewdzięczny i pazerny. Może dla części ludzi tak to wygląda.
Tylko wiecie co? Do dziś nie mogę sobie odpowiedzieć, czy bardziej zabolało mnie to, że chcieli mnie wyrzucić z miejsca, które sam zrobiłem, czy to, że własna żona uznała to za coś w sumie normalnego.
Może powinienem był to przełknąć dla dziecka. A może właśnie za późno przypomniałem sobie, że facet też ma swoją godność.