Powiedziałem żonie, że nie wezmę już teściowej do nas na stałe. Od tamtej rozmowy w domu jest cicho jak po awanturze
„To co, przygotujemy mamie pokój na dłużej?” – żona rzuciła to przy kolacji, tak jakby pytała, czy kupić chleb. A ja po prostu odłożyłem widelec i powiedziałem: „Nie. Na stałe na pewno nie”.
I od tego się zaczęło.
Teściowa od trzech miesięcy siedzi u nas po operacji biodra. Miało być na dwa tygodnie, potem do miesiąca, potem „zobaczymy”. Mamy 58 metrów w bloku pod Piasecznem, dwa pokoje i salon z aneksem. Syn śpi w salonie, bo teściowa zajęła jego pokój, ja pracuję zdalnie trzy dni w tygodniu z kuchennego stołu, a żona lata między swoją robotą w aptece, domem i swoją mamą.
Nie piszę tego, żeby z siebie robić cierpiętnika. Tylko serio – ja to wszystko ogarniałem od początku. Woziłem teściową na kontrolę do szpitala na Banacha, stałem w kolejkach po recepty, dźwigałem zakupy z Biedronki i apteki, składałem jej to cholerne łóżko rehabilitacyjne, które kosztowało prawie 300 zł za miesiąc wynajmu. Do tego pieluchomajtki, podkłady, maści, prywatna rehabilitacja, bo na NFZ terminy z kosmosu. Jedna wizyta 180 zł. Kto płacił? Głównie ja, bo żona mówiła, że odda, jak dostanie premię.
I dobra, rodzina jest od pomagania. Sam tak uważam. Tylko że pomoc „na chwilę” zaczęła wyglądać jak nowe życie, którego nikt ze mną nie ustalił.
Teściowa nie jest złą kobietą. Żeby była jasność. Ona po prostu ma swoje lata, swoje lęki i już się przyzwyczaiła, że ktoś przy niej chodzi. Jak żona jest w pracy, to woła mnie co chwilę.
– Zięciu, herbatkę.
– Zięciu, telewizor nie działa.
– Zięciu, bo ja się boję sama do łazienki.
Na początku normalne. Potem już łapałem się na tym, że jak słyszałem „zięciu”, to mnie w środku skręcało. A potem jeszcze żona do mnie:
– Nie pokazuj po sobie irytacji, bo mamie jest przykro.
No i właśnie. Mamie jest przykro. Synowi przykro, bo nie ma swojego kąta. Żonie przykro, bo jest rozdarta. A ja mam być jak mebel? Mam robić, zarabiać, dźwigać i jeszcze pilnować, żeby nikt nie poczuł dyskomfortu?
Przełom był w zeszły czwartek. Wracam z roboty, korek na Puławskiej, potem jeszcze zakupy, bo mleko bez laktozy dla teściowej, chleb, wędlina, proszek. Wchodzę, a żona mówi:
– Rozmawiałam z mamą. Ona na razie nie wróci do siebie. Sama nie da rady. Musimy to jakoś urządzić.
Powiedziałem spokojnie:
– „Jakoś” to nie jest plan. Na jak długo? Miesiąc? Pół roku? Rok?
– Nie wiem.
– To ja wiem. Nie dam rady tak żyć.
Żona od razu się odpaliła.
– Czyli co? Mam oddać matkę obcym ludziom?
– Jakim obcym? Jest opieka, jest środowiskowa, można zorganizować rehabilitanta, można poszukać mieszkania parterowego bliżej szwagierki.
– Szwagierka ma 40 metrów i dwójkę dzieci.
– A my mamy pałac?
Teściowa to wszystko słyszała z pokoju i potem się popłakała. I tego mi chyba najbardziej żal, bo nie chciałem robić przedstawienia. Tylko ile można wszystko dusić?
Potem była najgorsza rozmowa, już wieczorem, jak syn poszedł spać.
– Mama całe życie się poświęcała – powiedziała żona. – A ty liczysz metry i paragony.
– Bo ktoś musi. Kredyt sam się nie spłaci. Czynsz 980 zł, rata 2400, paliwo, szkoła młodego, życie. Ja nie mówię „wyrzućmy ją”. Ja mówię: zróbmy system, a nie rozwalajmy domu.
– Dom rozwalasz właśnie ty.
I może coś w tym jest, tylko ja naprawdę nie powiedziałem tego z wygody. Ja od miesięcy śpię po 5 godzin, bo teściowa w nocy woła żonę, żona mnie, bo trzeba ją podnieść albo prześcielić. W robocie już dwa razy usłyszałem, że jestem nieobecny. Ciśnienie mi skacze, zacząłem żreć tabletki na zgagę jak cukierki. Ostatnio siedziałem rano w aucie pod blokiem i przez 15 minut nie miałem siły wysiąść. I wtedy pomyślałem, że jak teraz nie postawię granicy, to za chwilę będę się wściekał na wszystkich po kolei.
W weekend pojechaliśmy obejrzeć prywatny dom opieki dziennej pod Konstancinem. Nie luksus, ale czysto, rehabilitacja, pielęgniarka, obiady. 3200 miesięcznie. Drogo, jasne. Ale policzyłem, że jak dołożymy ze szwagierką i wejdzie emerytura teściowej, to da się to spiąć. Żona nawet nie chciała o tym rozmawiać.
– Dla ciebie najwygodniej byłoby zapłacić i mieć spokój.
– Nie spokój. Tylko jakiś porządek.
Od trzech dni żona się do mnie odzywa głównie w sprawach technicznych. Teściowa mówi do mnie grzecznie, ale już oficjalnie. Syn zapytał wczoraj: „Babcia przez ciebie pójdzie gdzie indziej?”
I powiem szczerze, to mnie ukuło mocniej niż awantura z żoną. Bo ja naprawdę nie uciekam od odpowiedzialności. Tylko według mnie odpowiedzialność to też wiedzieć, kiedy dom przestaje być domem, a zaczyna być punktem opieki, na który nikt z domowników nie wyraził zgody.
Może jestem zimny, bo wolę plan od wielkich słów. Może za bardzo wszystko liczę. Ale czy człowiek ma obowiązek poświęcać własny spokój, zdrowie i małżeństwo bez końca tylko dlatego, że „tak trzeba”? Gdzie wy byście postawili granicę?