Powiedziałem żonie, że wyjeżdżam sam na tydzień, bo już nie dawałem rady. Do dziś słyszę, że zostawiłem rodzinę w najgorszym momencie
„To ty sobie robisz wakacje, a ja mam tu wszystko ogarniać?” – to było pierwsze, co usłyszałem, jak powiedziałem żonie, że na tydzień wyjadę sam nad morze. Nie z kolegami, nie na żadne balety. Sam. Do małego pensjonatu pod Ustką, poza sezonem, 180 zł za dobę, śniadanie w cenie. I nie dlatego, że mnie nagle olśniło, tylko dlatego, że czułem, że jak nie wyjdę z domu choć na chwilę, to któregoś dnia po prostu nie wrócę z roboty, tylko usiądę gdzieś na parkingu i będę gapił się w kierownicę do nocy.
U nas od dwóch lat wszystko było „na styk”. Teść po udarze, trzeba było do niego jeździć. Syn w ósmej klasie, korepetycje z matmy po 80 zł za godzinę, bo egzamin. Córka młodsza, lęki, psycholog prywatnie, bo na NFZ terminy z kosmosu. Żona też nie miała lekko, pracuje w przychodni rejestracji, ludzie od rana do wieczora wiszą jej na głowie. Ja robię jako kierownik zmiany w markecie budowlanym pod Warszawą. Niby normalna robota, ale telefon cały czas. Ktoś nie przyszedł, ktoś źle przyjął dostawę, alarm, inwentaryzacja, soboty, niedziele handlowe.
I jakoś tak wyszło, że ja byłem od wszystkiego. Zakupy? Ja. Zawieźć teścia na badania do Otwocka? Ja. Odebrać młodą z angielskiego? Ja. Pralka cieknie? Ja rozkręcam. Rata za auto, opłaty, kontakt z administracją, przegląd pieca, wymiana opon, dentysta syna – wszystko lądowało u mnie, bo „ty to ogarniesz”. I ja długo uważałem, że tak trzeba. Facet ma ciągnąć wózek, a nie się mazać.
Tylko że zacząłem znikać sam przed sobą. Wracałem, jadłem na stojąco przy blacie, potem śmieci, naczynia, mail od kierownika regionu, telefon od szwagierki, czy wpadnę do teścia zawiesić karnisz. W sobotę chciałem posiedzieć 20 minut w ciszy, to słyszałem: „Skoro siedzisz, to może skoczysz jeszcze do Lidla?”. Niby nic wielkiego. Pojedynczo każde z tych próśb normalne. Tylko razem zrobiło się z tego życie, w którym byłem jak pogotowie techniczne i portfel z nogami.
Nie zrobiłem awantury od razu. Najpierw mówiłem normalnie. „Słuchaj, jestem zajechany”. „Musimy to jakoś podzielić”. „Nie dam rady wszystkiego ciągnąć”. Żona odpowiadała: „A myślisz, że ja daję radę? Każdy jest zmęczony”. I ona miała rację. Tylko z tej racji nic nie wynikało. Dalej wszystko spadało na mnie, bo jak ja nie zrobiłem, to po prostu leżało.
Moment, w którym mnie odcięło, był głupi. Stałem w Biedronce przy kasie z pieluchami dla teścia, waflami ryżowymi dla córki, karmą dla kota i płynem do WC. Dzwoni żona, że synowi trzeba jeszcze wydrukować jakieś papiery do szkoły. Dzwoni kierownik, że jutro mam przyjść godzinę wcześniej. I jeszcze mama pyta, czy w niedzielę przyjadę jej spojrzeć na kran. I ja nagle nie pamiętałem, po co tam stoję. Patrzyłem na ten koszyk i miałem pustkę w głowie. Serio się przestraszyłem.
W domu powiedziałem spokojnie: „Muszę wyjechać na kilka dni, bo się rozsypię”. Nie „chcę”, tylko „muszę”. Żona od razu się zagotowała. „Teraz? Jak tata ma rehabilitację? Jak młody ma próbne egzaminy? Jak mała znowu gorzej śpi?”. Powiedziałem, że wszystko rozpisałem. Syn może dwa razy sam wrócić autobusem, córkę na angielski zawiezie sąsiadka, już z nią gadałem, teściowi rehabilitację opłaciłem z transportem medycznym, zakupy zamówiłem na trzy dni do przodu, rachunki popłacone. Zostawiłem 2 tysiące na bieżące wydatki. Naprawdę nie rzuciłem tego wszystkiego i nie trzasnąłem drzwiami.
Ale dla żony to i tak było jedno: „Uciekasz”. Może z jej perspektywy tak. Powiedziała mi: „Ojcem i mężem się jest, a nie bywa, jak ci wygodnie”. To mnie zabolało, bo ja przez lata byłem właśnie wtedy, kiedy niewygodnie. Jak teść spadł ze schodów – ja. Jak młoda miała atak paniki o 2 w nocy – ja z nią siedziałem. Jak trzeba było odwołać własny wyjazd służbowy, bo w domu grypa – odwołałem. Nie liczyłem tego, bo to rodzina. Ale jak raz policzyłem siebie, to nagle zostałem egoistą.
I tak, wyjechałem. Siedziałem rano na plaży w bluzie, piłem lurę z papierowego kubka i pierwszy raz od dawna nikt nic ode mnie nie chciał. Przez dwa dni spałem jak zabity. Trzeciego dnia zacząłem odbierać telefony i już słyszałem w głosie żony chłód. Nie histerię, tylko taki żal, którego nie da się łatwo odkręcić. Dzieci też jakieś inne. Syn krótko: „Damy radę”. To „damy radę” bardziej mnie uderzyło niż awantura.
Wróciłem spokojniejszy, to prawda. Ale od tamtej pory coś między nami siedzi. Żona twierdzi, że pokazałem, iż w kryzysie myślę najpierw o sobie. Ja uważam, że właśnie dlatego wróciłem, zamiast się wypalić do końca i zacząć nienawidzić własnego domu.
Tylko im dłużej o tym myślę, tym mniej to jest czarno-białe. Bo z jednej strony naprawdę wszystko zabezpieczyłem i nie pojechałem „odpoczywać od rodziny”, tylko ratować głowę. Z drugiej – może pewnych rzeczy nie da się przeliczyć na opłacone rachunki, logistykę i rozpiskę na lodówce.
Powiedzcie sami: w którym momencie dbanie o siebie jest jeszcze odpowiedzialne, a od którego zaczyna wyglądać jak zostawienie swoich?