Wróciłem wcześniej do domu i zobaczyłem pismo od komornika. Wtedy zrozumiałem, że w moim małżeństwie nie chodzi już tylko o zdradę, ale o moją godność
Wróciłem z roboty wcześniej, bo kierownik zamknął budowę przez deszcz. W skrzynce leżało awizo, a na stole w kuchni koperta już otwarta. Pismo od komornika na prawie czternaście tysięcy. Nie na mnie. Na moją żonę, Martę. Tylko że adres, konto do zajęcia i numer naszego kredytu hipotecznego były już w środku. Usiadłem i przez chwilę patrzyłem w ścianę, bo nagle wszystko, co od miesięcy było „jakimś stresem”, zaczęło się składać w jedną całość.
Marta mówiła, że ma gorszy okres, że w sklepie, gdzie pracowała, obcięli premię, że bierze nadgodziny. Ja w tym czasie jeździłem po budowach po całym powiecie, brałem fuchy w soboty, żeby spiąć ratę, opłaty do wspólnoty i alimenty na syna z pierwszego związku. Nie było lekko, ale człowiek zaciska zęby i jedzie dalej. Tylko coś mi tu śmierdziało od początku. Coraz więcej ciszy, telefon zawsze ekranem do dołu, a jak pytałem o pieniądze, to robiła ze mnie sknerę.
Najgorsze nie było nawet to pismo. Najgorsze było to, co znalazłem w szufladzie pod obrusem. Umowa pożyczki, druga, trzecia. Chwilówki. Jedna na remont paznokciowego interesu z koleżanką, o którym „nie było sensu mi mówić, bo i tak bym nie zrozumiał”. Druga na spłatę pierwszej. Trzecia na samochód dla jej brata, bo jemu komornik już siedział na koncie i trzeba było „na chwilę” wziąć to na Martę.
Wszystko beze mnie. Ale do spłacania już jak najbardziej ze mną.
Jak przyszła do domu, nie zrobiłem awantury od progu. Położyłem papiery na stole. Stanęła, pobladła, potem od razu w płacz. Że się bała. Że chciała to ogarnąć sama. Że brat odda. Że ten biznes jeszcze ruszy. Że ja ostatnio i tak jestem nie do życia.
To ostatnie mnie odpaliło.
Powiedziałem jej, że może i jestem ciężki, zmęczony, czasem wredny, ale nie robię z rodziny bankomatu i nie kłamię ludziom w twarz. Wtedy usłyszałem, że ona też ma dość życia pod moją kontrolą, mojego liczenia każdego grosza i tego, że zawsze najpierw „obowiązek”, a potem człowiek.
I wiecie co? Zabolało mnie to, bo coś w tym było. Odkąd urodziła nam się córka, byłem bardziej księgowym niż mężem. ZUS, rata, przedszkole, paliwo, alimenty. Człowiek haruje jak wół i zaczyna mówić tylko o tym, co trzeba opłacić. Ale mimo wszystko nie umiałem przełknąć, że mam odpowiadać za cudze kłamstwa.
Dwa dni później przyjechała jej matka z bratem. Niedzielny obiad zamienił się w sąd rodzinny. Teściowa mówiła, że prawdziwy facet nie zostawia żony w kryzysie. Brat siedział cicho, patrzył w talerz, a na końcu rzucił tylko, że odda, jak stanie na nogi. Prawie się roześmiałem. Facet po czterdziestce, bez roboty od pół roku, z długami i wielką dumą.
Marta chciała, żebym wziął konsolidację na siebie, bo mam lepszą historię w banku. Powiedziała to przy wszystkich. Jakby chodziło o pożyczenie wiertarki.
Wtedy pierwszy raz powiedziałem na głos, że chyba nie chcę już ratować tego małżeństwa za każdą cenę.
Cisza była taka, że słychać było zegar w kuchni. Teściowa zrobiła minę, jakbym co najmniej zostawił dziecko na ulicy. Marta spojrzała na mnie tak, jakby dopiero wtedy zrozumiała, że to nie jest kolejna kłótnia, po której pójdę spać do salonu i rano pojadę do roboty, jak gdyby nic.
Nie wyprowadziłem się od razu. Przez miesiąc mieszkaliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Ja spłaciłem to, co mogło uderzyć w mieszkanie, żeby córka nie oberwała za dorosłych. Reszty odmówiłem. Marta nazwała mnie egoistą. Ja złożyłem papiery o rozdzielność majątkową.
Do dziś nie wiem, czy bardziej zdradziła mnie żona, czy ja sam siebie, siedząc tyle miesięcy cicho i udając, że wszystko się jakoś ułoży. Wybaczyć może bym jeszcze umiał. Tylko nie wiem, czy da się wybaczyć komuś i jednocześnie dalej patrzeć sobie w lustro.
Nie jestem z kamienia, ale facet też ma swoją granicę. I chyba najgorsze jest to, że do dziś nie wiem, czy obroniłem rodzinę, czy już wtedy ją ostatecznie rozwaliłem.